sobota, 22 marca 2014

9.

*Justin*
-Ryan, jeżeli zaraz nie wyłączysz tego ścierwa, ja wyłączę Ciebie- powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
Wróciłem do domu zaledwie kilkanaście minut temu. Sprzedałem kilka sztuk, nic poza tym. Marny dzisiaj dzień, ale może jutro będzie lepiej. Od jakiegoś czasu to jest mój stały tekst. „Może jutro będzie lepiej”- nigdy nie jest lepiej.
-Jay, o co Ci chodzi? Jak masz jakiś problem, to po prostu wyjdź,  nie psuj humoru innym- powiedział odpalając papierosa.
Siedział wyciągnięty na kanapie nie zdając sobie sprawy, jak powstrzymuje się przed tym, by go nie uderzyć. Zesztywniałem cały, głośno oddychając przez nos i obróciwszy się na pięcie, ubrałem kurtkę i wyszedłem z mieszkania. Wolałem przechadzać się bez sensu niż irytować się obecnością Ryana. Nawet nie wiem dlaczego tak bardzo mnie ostatnio denerwuje. Może przez to, że istnieje? Ugh, czasem potrafi być naprawdę irytujący. Dzisiaj w nocy obudził mnie jego głośny śmiech rozlegający się po całym bloku. Kiedy poszedłem do niego, by sprawdzić co go tak rozśmieszyło, okazało się, że o trzeciej w nocy ogląda jakiś durny film ot tak, dla zabicia czasu. Później długo nie mogłem zasnąć. Wziąłem gitarę i zacząłem grać, kiedy Ryan przyszedł z pretensjami, że mu przeszkadzam. Doprawdy?
Mijałem właśnie jakieś małżeństwo, kiedy usłyszałem dzwonek mojego telefonu. Wyjąłem iPhone’a z tylnej kieszeni spodni i dostrzegłem, że to Jason.
-Tak?- zapytałem unosząc brwi do góry, ale zmieniając ton głosu na bardziej łagodny.
-Możemy się spotkać? Musimy porozmawiać- oznajmił oschłym głosem, a w tle usłyszałem ryk samochodu.
-Niech będzie. Gdzie?- zapytałem takim samym tonem, co mój rozmówca.
Jason podał mi adres, pod który miałem się udać i zawracając się pod  moją ulicę, po samochód napisałem Jennifer smsa, że Ryan jest sam w domu i jeżeli chce, może przyjechać. Wolałem, żeby nie siedział sam w domu. Niewiadomo co mu wtedy strzeli do głowy.
15 minut później znajdowałem się w nieodwiedzanej przeze mnie części miasta. Dostrzegłem Jasona, kiedy opierając się o samochód rozmawiał z kimś przez telefon. Nie wiedziałem, że dostał nowy wóz.
Kiedy mnie dostrzegł zakończył rozmowę i podszedł do mnie szybkim krokiem. Przez moment myślałem, że za chwilę da mi w mordę. Nie żebym się bał walki z Jasonem. Ja po prostu nie chciałem się  z nim bić. Ryan to co innego. Dla mnie Black to jeszcze dzieciak.
Miał hardą minę i posyłał mi gniewne spojrzenia. Zrównał się ze mną, a ja z ustami zaciśniętymi w kreskę, patrzyłem na niego nie tyle groźnie, co podejrzliwie.
-Przejdziemy się?- zapytał obojętnym tonem.
Kiwnąłem głową podążając za nim. Po kilku minutach, podczas których żaden z nas nie wydał żadnego dźwięku, byliśmy w zapełnionym rodzinami i staruszkami parku. Kiedy mijaliśmy jakąś parę, czułem się… głupio. Sam nie wiem dlaczego.
Usiedliśmy na ławce obserwując Nowojorczyków. Nie odezwałem się, bo niby co miałem powiedzieć? To on mnie tu ściągnął, więc to on miał zacząć rozmowę.
-Chyba wiesz o czym chcę porozmawiać- powiedział w końcu.
-Nie wiem, ale zapewne zaraz mi to wyjawisz- powiedziałem wzruszając ramionami.
Jason uważnie przyglądał się swoim czarnym butom, zbierając się w sobie.
-Posłuchaj, Justin. Ja i Victoria jesteśmy jak rodzeństwo, wychowywaliśmy się razem, więc nie dziw się, że chcę Cię ostrzec…
Już otwierałem usta, by dodać swoje trzy grosze, ale on powstrzymał mnie ruchem ręki.
-Nie wiem czy coś rzeczywiście między wami się dzieje, czy jest kolejną do zaliczenia. Do tej pory robiłem wszystko o co mnie prosiłeś, mając na uwadze jej szczęście, ale jeżeli ją skrzywdzisz nie będę uważał na to, czy jesteśmy kumplami czy nie. Victoria straciła coś bardzo dla niej cennego. Zbierała się po tym kilka miesięcy i wciąż jest w niej ból, cała jest w rysach. Jeżeli przez Ciebie uroni chociaż jedną łzę, pożałujesz. To wyjątkowa dziewczyna, która już wystarczająco dostała po dupie od życia.
Wyrzucił to z siebie w zawrotnym tempie, po czym odetchnął głęboko. Chyba szykował tą przemowę cały dzień.
-Więc chcesz mnie ostrzec, że jak zostawię Victorię, będę miał z Tobą do czynienia?- zapytałem z ironicznym uśmiechem.
-Tak, właśnie tak- odpowiedział.
Powstrzymałem parsknięcie, żeby nie zranić Jasona, bo nieskromnie mówiąc, nie miał ze mną szans.
-Spokojnie- powiedziałem do niego.
Mijały nas właśnie dwie blondynki, które spoglądając na nas, uśmiechały się pod nosem. Podążyłem za nimi wzrokiem odwracając głowę.
-Widzisz?! O to mi właśnie chodzi. Nie jesteś godny zaufania, więc daj Vic spokój- powiedział niemalże na mnie wrzeszcząc.
-Kurwa, uspokój się. To, że zauważam ładne dziewczyny nie oznacza, że jestem zimnym skurwielem. Myślisz, że nie mam uczuć? Że tylko jedno mi w głowie? Jeżeli tak, nie nazywaj siebie moim przyjacielem. A Victorii nie skrzywdzę, jest dla mnie ważna. Inaczej nie zawracałbym sobie głowy jakimiś amorami. Jeżeli ona sama powie, że mam się od niej odczepić- zrobię to, ale Ty nie masz w tej sprawie nic do gadania- wycedziłem zaciskając dłonie w pięści.
Wyciągnąłem paczkę papierosów i odpalając jednego, zaciągnąłem się mocno. Zirytował mnie ten wybuch gniewu Jasona. Kim on jest, by mi prawić morały?
-Justin, dobrze wiesz, że chodzi mi jedynie o jej szczęście- powiedział wzruszając ramionami.
-Szczęście tu, szczęście tam. Dlaczego nikt nie dba o MOJE szczęście? Każdy ma do mnie pretensje nie zważając na to, że ja też mógłbym napisać moją listę skarg. Bóg nie jest wobec mnie łaskawy, ale staram się nie użalać nad sobą, bo to nie ma sensu. Wiem, jak zapewnić bezpieczeństwo i SZCZĘŚCIE  Victorii, więc nie pouczaj mnie.
Kilka osób odwróciło głowy w naszą stronę zaciekawione o co się kłócimy. Teraz nie zwracałem na to uwagi.
-Bieber, nie chcę się z Tobą kłócić. Wiem, że nie masz łatwo, ale postaw się na moim miejscu- powiedział z wyraźną skruchą w głosie.
-Kto Ci kazał ze mną porozmawiać na ten temat?- zapytałem wypranym z emocji głosem wypuszczając dym z płuc.
-Nikt mi nie…- zaczął, lecz przerwałem mu w połowie zdania.
-Kto Ci kazał ze mną pogadać?
Odwróciłem się w jego stronę, lecz na drewnianej ławce w parku nie siedziało się zbyt komfortowo, więc kręciłem się w z jednej pozycji na drugą, aby tylko znaleźć tą najwłaściwszą.
Jason opuścił ramiona i odpowiedział tak cicho, jakby szeptał.
-Megan.
Nie mogąc się powstrzymać, zaśmiałem się głośno z jego bezradności i podporządkowywaniu się jakiejś irytującej, piszczącej dziewczynie.
-Jason, jesteś taki dziwny. Pozwalasz by jakaś laska dyktował Ci, co masz robić? Dlaczego sama ze mną o tym nie porozmawia?- zapytałem nadal się śmiejąc.
-Wiesz jaką mi awanturę zrobiła? Ni odzywa się do mnie od tygodnia- powiedział wytrzeszczając oczy.
Zachowywał się jak piesek. Robi wszystko, co ona mu każe. Nie ma swojego zdania, nie wyraża swojej opinii. A może ma te samo zdanie co ona?
-Daj mi swój telefon- powiedziałem gasząc niedopałka butem.
-Co!? Po co?- zapytał a jego głos podniósł się o oktawę wyżej.
-Zaufaj mi- powiedziałem wyciągając rękę.
Niechętnie podał mi swojego iPhone’a, a ja w kontaktach znalazłem numer Megan. Już otwierał usta w proteście, ale powstrzymałem go ruchem dłoni.
Megan odebrała po trzecim sygnale.
-Halo?- zapytała swoim piskliwym głosikiem.
-Cześć, Megan, tu Justin.
Cisza.
-Dzwonię,  żeby powiedzieć, że nie masz się czego obawiać, nie skrzywdzę Victorii, możesz być pewna. Nie musisz też napuszczać na  mnie Jasona, bo nie ma ku temu powodu. A i proszę, zlituj się nad nim i zacznij z nim rozmawiać. Prawie mi się tu popłakał- powiedziałem z uśmiechem.
Jason uderzył mnie w ramię, ale nie poczułem bólu.
-Bieber, nie wiem co o tym sądzić. Ty jesteś…- powiedziała po dłuższej chwili.
-No jaki?- zapytałem.
-Tatuaże i te sprawy. Zły, niegrzeczny chłopiec. Błagam Cię.
-Megan, daj mi szanse.
-Mogę Ci zaufać?- zapytała niepewnie.
-W stu procentach- powiedziałem nadal się uśmiechając.
Rozśmieszała mnie ta ich przesadna troska o Victorię. W końcu sama potrafiła o siebie zadbać, ale nie mogłem mieć o to do nich pretensji. Martwią się, to zrozumiałe. Przecież pojawia się jakiś gość niewiadomo skąd i adoruje ich najlepszą przyjaciółkę. Też bym się martwił.
-Nie spieprz tego, rozumiesz? Bo osobiście się na Tobie zemszczę- powiedziała tonem głosu, który zapewne miał mnie przestraszyć. Dziwnie to zabrzmiało w duecie z jej piskliwym sopranem.
-Tak, tak, wiem. Dostanę w mordę.
-Dokładnie- powiedziała.
-Będę miał się na baczności. Chyba Twój chłopak chce z Tobą porozmawiać. To na razie- powiedziałem i oddając telefon Jasonowi, pomachałem mu na pożegnanie.
Posłał mi mrożące krew w żyłach spojrzenie. Chyba nie jest zadowolony z mojej rozmowy z jego dziewczyną. Ale teraz miałem to gdzieś. Postanowiłem skupić się na Victorii i przy okazji nie zjebać jej życia.


-Rozmawiałem dzisiaj z Jasonem- powiedziałem pochylając się nad gitarą, którą od kilku dni dotykałem nad wyraz często.
-O czym?
Victoria siedziała po turecku na moim łóżku skupiona na zadaniu domowym z matematyki. Stwierdziła, że woli to zrobić szybko teraz, niż siedzieć do późna nad lekcjami, albo w ogóle ich nie zrobić. Pasowała mi taka swoboda z jej strony. Zabrałem ją do siebie od razu, kiedy wróciłem z parku. Nie miałem pomysłu, siły ani ochoty na coś specjalnego i wyjątkowego, więc spędzenie popołudnia w moim pokoju wydawało mi się dobrym pomysłem. Zwłaszcza, kiedy Ryan jest u Jennifer. Żyć nie umierać.
-Hm, o Tobie- powiedziałem przyglądając się jej w skupieniu czekając na reakcję.
Podniosła momentalnie głowę i zaskoczona otworzyła szeroko oczy.
-Jak to… o mnie?
-Jason, a raczej Megan martwią się, że Cię skrzywdzę. Na początku myślałem, że zaraz się z nim  pobiję, ale cały ten pomysł wyszedł od Twojej przyjaciółki. Postraszyli mnie, że będę miał złamaną szczękę, jeśli zrobię coś nie tak- powiedziałem wzruszając ramionami, tak, jakby codziennie ktoś mi groził pobiciem. Normalka.
-Bardzo Cię przepraszam. Nie wiem co im strzeliło do głowy- powiedziała słabym głosem.
Była tak krucha. Jak lalka z porcelany. Musiałem o nią dbać najlepiej jak potrafiłem.
-Nie masz mnie za co przepraszać, Księżniczko. Raczej im podziękować. Gdybym był na ich miejscu, pewnie postąpiłbym tak samo. Boją się, że będziesz przeze mnie płakać.
-A będę?- zapytała cicho odkładając zeszyt na bok. Miałem wrażenie, że bała się tego, co jej przyjaciele. Bała się, że ją skrzywdzę.
Oparłem gitarę o ścianę obok fotela, na którym siedziałem. Wstałem i podszedłem do niej pospiesznie. Usiadłem obok niej, a ona patrzyła na mnie wielkimi oczami.
-Victoria, obiecuję Ci, że nigdy nie będziesz przeze mnie płakać. Nie skrzywdzę Cię, nigdy. Rozumiesz? Jesteś dla mnie zbyt cenna- powiedziałem wtulając lewą dłoń w jej policzek.
-Jaką mam pewność?- zapytała.
-Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?- zapytałem cicho splatając nasze dłonie na łóżku.
-Liczę  na Twoją kreatywność- powiedziała uśmiechając się lekko.
Tego się obawiałem. Obawiałem się, że ma wątpliwości. Nie chciałem jej rozczarować.
Wstałem z łóżka i zabierając gitarę, ponownie na nim usiadłem. Victoria spoglądała co chwilę to na mnie, to gitarę, ciekawa co zrobię.
-Czy po tym będziesz miała wątpliwości?- zapytałem i zacząłem grać.

If I was your boyfriend, never let you go
Keep you on my arm girl, you’d never be alone
I can be a gentleman, anything you want
If I was your boyfriend, I’d never let you go, I’d never let you go*


Kiedy skończyłem, Victoria  patrzyła na mnie z taki uczuciem, że od razu przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele.
Nadal trzymałem gitarę na kolanach, ale odłożyłem ją na podłogę, by pochylić się w stronę dziewczyny. Nasze usta się zetknęły, bo nie chcąc jej przestraszyć, chciałem złożyć na jej pełnych wargach lekki pocałunek. Jednak ona miała inne plany. Zawiesiła mi ręce na szyi i zaczęła namiętnie całować. Nie musiała długo czekać na moją reakcję. W tym pocałunku było tyle niewypowiedzianych słów. Przyrzeczenia, obietnice, głównie moje. Bo to ja musiałem jej udowodnić, że się nadaję, że jej nie skrzywdzę, że jestem prawdziwym mężczyzną. Chciałem jej pokazać, że jest ważna. Starałem się nie posuwać się za daleko, bo w końcu nie jesteśmy jeszcze parą, lecz czułem, że moje wargi miażdżą jej z ogromną siłą. Ona pochłaniała mnie łapczywie, nie zważając na konsekwencje.
Kiedy się od siebie odsunęliśmy, oboje dyszeliśmy głośno. Patrzyłem na Victorię roześmianymi oczami, ale ona wyraźnie speszona przyglądała się swoim dłoniom.
-Co to za piosenka? Nigdy jej nie słyszałam- powiedziała, kiedy splotłem jej palce z moimi.
-Bo wczoraj ją napisałem. Na razie w pełni skończony jest tylko refren, ale już pracuję nad zwrotkami. Wczoraj Ryan obudził mnie w nocy, więc nie mogąc zasnąć coś tam wymyśliłem. Po za tym już wcześniej chciałem w końcu coś napisać- powiedziałem wzruszając ramionami.
-Kiedy nie możesz zasnąć piszesz piosenki?- zapytała uśmiechając się pod nosem.
-Można tak powiedzieć.
-Masz coś jeszcze?- zapytała z nadzieją w głosie.
-Księżniczko, nie tak szybko. Spokojnie, usłyszysz jeszcze nie jedną piosenkę. Jeśli chcesz mogę Ci śpiewać codziennie- powiedziałem ujmując ją pod brodę.
Spojrzałem jej głęboko w oczy próbując coś znaleźć. Od dłuższego czasu szukałem jakiegoś znaku, że jeszcze nie wszystko stracone, że cos się liczy. I wtedy zrozumiałem, że to Victoria jest tym wszystkim czego szukałem. Jeszcze przed nikim się tak nie otworzyłem. Jeszcze nikogo nie traktowałem tak jak jej. Wcześniej każdy był dla mnie tylko przypadkową osobą, przypadkowe znajomości, nic więcej. Teraz poczułem, że chyba świat nie jest taki zły, skoro spotkałem cel mojej podróży. I to jaki cel.
Byłą taka piękna. Urocza z zarumienionymi policzkami i słodkim chichotem. Zielone oczy błyszczały jej z podekscytowania. Co z tego, że znamy się krótko? Zaryzykuję.
-Can i be your boyfriend?- zapytałem nadal patrząc jej w oczy, a ona w moje.
-Czy to tekst piosenki?- zapytała uśmiechając się szeroko.
-Victorio Anne Collins, czy uczynisz mnie najszczęśliwszym chłopakiem na świecie i zechcesz być moją wybranką serca?- zapytałem z poważną miną.
Victoria patrzyła na mnie w ciszy przez chwilę. Ta chwila wydawała się trwać wiecznie.
-Prosisz mnie o rękę, czy o bycie Twoją dziewczyną?- zapytała z uśmiechem.
-Na razie liczę na to, że będziemy parą, ale kiedyś… czemu nie- powiedziałem i puściłem jej perskie oko, a ona zachichotała.
-Hmm… Daj mi pomyśleć- powiedziała pukając palcem po brodzie.
Czekałem wytrwale nie odzywając się nawet słowem.
-Justin Bieber- mój chłopak. Brzmi nieźle, prawda?- zapytała uśmiechając się do mnie.
-Błagam, Victoria. Nie drocz się ze mną- powiedziałem coraz bardziej zestresowany.
-Tak- powiedziała tylko.
Podskoczyłem nagle na łóżku.
-Tak znaczy tak, że nie będziesz się ze mną droczyć, czy…- zacząłem przygryzając wargę.
-Tak, Justin, zostanę Twoją dziewczyną.
-Uczyniłaś mnie najszczęśliwszym chłopakiem w całym Nowym Jorku- powiedziałem i pocałowałem ją, chcąc oddać cześć najwspanialszej dziewczy
nie, którą jest właśnie ona.

*
Gdybym był twoim chłopakiem, nigdy bym Cię nie opuścił.
Trzymałbym Cię w moich ramionach, dziewczyno. Nigdy nie byłabyś samotna.
Mogę być gentlemanem, kimkolwiek chcesz.
Gdybym był twoim chłopakiem, nigdy bym Cię nie opuścił.

________________
jak wam się podoba nowy rozdział? moim zdaniem jest mega. no i w dodatku są już parą.
mogę zdradzić, że będzie się dużo działo.
co do bloga. na Twitterze piszę kiedy dodaje nowy rozdział, albo co będzie się działo. możecie też w komentarzach podać swoje aski, to będę was informować.  a oto mój tt: Twitter
proszę też o komentarze.
nie zapominajcie o mnie, kocham was. 

poniedziałek, 17 marca 2014

8.

-Cześć- powiedział Jason, kiedy wsiadał do mojego samochodu w poniedziałkowy poranek.
Wyglądał jakby całą noc nie zmrużył oka. Oczy miał podkrążone, a fryzura była w nieładzie.
-Cześć. Co jest?- zapytałam, kiedy wyjeżdżaliśmy z naszej ulicy.
Było parę minut po siódmej, a Nowy Jork już żył pełnią życia. Samochody wymijały się jeden o drugiego, a za kierownicami byli znudzeni pracownicy spieszący się do pracy, lub studenci jadący na uczelnie. Było chłodniej niż zazwyczaj. Połowa października obfitowała w zimne wiatry z północy i lekkie mżawki.
-Zakuwałem całą noc z trygonometrii. Ten sprawdzian to jakaś masakra. Nie wiem co jest gorsze- to, czy świadomość, że Megan czeka na mnie rozwścieczona- powiedział przecierając oczy .
-Dalej nie rozmawiacie? O co tak właściwie poszło?- zapytałam sprawnie manewrując kierownicą mimo lekkiego niewyspania.
-Nic ważnego, takie tam- powiedział odwracając twarz do szyby.
Głos mu się podniósł o oktawę wyżej, więc coś było nie tak. Na dodatek spuścił wzrok. Albo sprawnie to przede mną ukrywają, albo… No dobra, coś przede mną ukrywają. Ale nie miałam ochoty błądzić wśród ich logiki. Miałam dzisiaj sprawdzian z angielskiego, a zupełnie nic nie umiem. Kiedy wczoraj wróciłam ze spotkania z Justinem zdołałam tylko wziąć prysznic i upaść na łóżko, a i tak z nadmiaru wrażeń, długo nie mogłam zasnąć.
-Właściwie, Vic, gdzie spałaś po imprezie?- zapytał unosząc brwi do góry. Widać było, że doskonale wie, gdzie spałam a zdradzał to jego uśmiech.
-Po co pytasz, skoro znasz odpowiedź?- zapytałam i ruszyłam do przodu za czerwonym Fordem.
-Chcę to usłyszeć od Ciebie. Nieźle się zalałaś.
-Może trochę za dużo wypiłam, ale bez przesady. Justin zabrał mnie do siebie- powiedziałam wzruszając ramionami, ale czułam, że na moje policzki wstępuje rumieniec.
Jason zaśmiał się gardłowo widząc moją reakcję. Nawet na niego nie spojrzałam udając, że bardzo skupiam się na drodze przed nami.
-A więc teraz Justin, a nie Bieber?
-Jakiś problem, Black?- zapytałam poirytowana.
Jason podniósł ręce w obronnym geście powstrzymując śmiech.
-Spokojnie, Victoria- powiedział.
Zmroziłam go wzrokiem, ale się nie odezwałam. Jason grzebał w swoich notatkach, a ja jechałam do szkoły, chociaż myślami była daleko stąd. Dalej miałam przed oczami jego roześmiane spojrzenie karmelowych tęczówek, albo uroczy dołeczek w policzku. Justin Bieber- kiedyś to nazwisko wywoływało u mnie jęk odrazy, a teraz miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu, że to był najwspanialszy dzień mojego życia. Szkoda tylko, że tak krótko on trwał. Zastanawiałam się, czy zadzwoni do mnie jeszcze, wyśle wiadomość, cokolwiek. Cóż mogłam poradzić? Zależało mi na jego obecności.
Zanim się zorientowałam, byliśmy już na szkolnym parkingu. Jason niezdarnie schował zeszyty do plecaka i wygramolił się z auta. Zabrałam torbę z tylnego siedzenia i od razu przywitał mnie śmiech Megan.
-Brawo, Victoria- powiedział zbliżając się do mnie.
Miała na sobie czarne, obcisłe spodnie i bladoniebieską bluzę z nadrukiem. Upięła włosy w kok, ale i tak wyglądała zjawiskowo. Przy niej każdy dostawał kompleksów.
Na moją twarz wstąpił kolejny już rumieniec i schowałam twarz we włosach udając, że bardzo skrupulatnie chowam kluczyki do torby.
-Cześć, Megan. Czego mi gratulujesz? Coś zrobiłam?
Ruszyłam w kierunku szkoły, a ona tuż obok mnie. Jason szedł kawałek za nami powtarzając przed sprawdzianem. Pierwszy raz widziałam, żeby aż tak przejmował się trygonometrią.
-Nie udawaj głupiej, Vic. Dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie podoba mi się, że splatasz swoje losy właśnie z Bieberem, ale cóż.
Nie widziałam jej twarzy, ale pewnie założyła ręce i uniosła brwi do góry. Typowa poza mojej przyjaciółki.
-Splatam swoje losy? Chyba za dużo sobie wyobrażasz- powiedziałam poirytowana.
Jeżeli jeszcze jedna osoba będzie mnie wypytywać o to, co się działo po imprezie, nie wytrzymam. Nigdy nikogo nie uderzyłam, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda?
-Poczekaj, podsumujmy wydarzenia piątkowego wieczoru. Są Twoje urodziny, nagle do lokalu wchodzi mega przystojniak, który nawet nie jest zaproszony. Tańczysz z nim dobrą godzinę, a potem nagle strzela Ci coś do głowy i pijana zabierasz go z macek Mii. On odwozi Cię do siebie do domu i… Fakty mówią same za siebie, Kochana.
-Serio tak to wyglądało?- zapytałam cicho.
Mijaliśmy uczniów z naszego rocznika, którzy chichotali, albo szeptali między sobą widząc moją osobę. Czułam się jak totalna idiotka.
-Tak, właśnie tak- powiedziała chyba nie zdając sobie sprawy z mojej miny.
Nic nie odpowiedziałam, tylko szłam w ciszy przez szkolny korytarz. Megan kroczyła za mną
jak cień. Tak bardzo nie lubiłam być w centrum uwagi, a teraz samą siebie na nią skazałam. Czułam, że to będzie najgorszy dzień w życiu. Już wyobrażałam sobie jak reszta szkoły nabija się ze mnie myśląc pewnie, że od razu skoczyłam  Justinowi do łóżka.
Stojąc przed moją klasą, z miną męczennicy pożegnałam się z przyjaciółką i weszłam do środka. Spodziewałam się, że gdy tylko przekroczę próg sali wszyscy wstrzymają oddech, by po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem. Tak się jednak nie stało.
Jedni spojrzeli na mnie przelotem, drudzy w ogóle nie zauważyli mojej obecności, jednak jedna osoba aż się wyrywała gotowa ze mną porozmawiać. Usiadłam obok Laury, która  podskakiwała na krześle z podekscytowania. Nie zdążyłam się  nawet rozpakować, a ona już zapiszczała mi do ucha.
-Victoria, opowiedz mi wszystko z najmniejszymi szczegółami- powiedziała zdecydowanie za głośno.
Wydałam z siebie jęk, bo wiedziałam, że przez najbliższą godzinę czeka mnie opowiadanie jej w jakiej pozycji stałam, albo jakim spojrzeniem obdarował mnie Justin w każdej minucie naszego spotkania. Wiedziała doskonale o naszej wczorajszej „randce”, więc to gorsze niż tortury.


Lekcje minęły mi na wzdychaniu, lub bazgroleniu w zeszycie. Sprawdzian z angielskiego był zaskakująco prosty, ale nie wzięłam tego jako dobry znak. Laura jak się spodziewałam nie dawała mi spokoju aż do lunchu, a na stołówce udawałam, że nie czuje przebijającego mi czaszkę spojrzenia, którym obdarowywała mnie Mia.
Szłam w stronę parkingu, kiedy zobaczyłam, że kilka dziewczyn przechodzi obok mnie chichocząc, ale nie z mojego powodu. Poczułam, że coś  lub ktoś inny jest obiektem chichotów dziewczyn. I wtedy go zobaczyłam.
Opierał się w jak zwykle nonszalanckiej pozie o swoje porsche. Nawet z daleka nie wyglądał jak zwykły chłopak. Miał na sobie czarną bokserkę, więc wszyscy doskonale widzieli jego liczne tatuaże, które zapewne wywoływały respekt wśród innych. Dzisiaj był bez czapki, która zakrywała by jego misterną fryzurę. Myślałam, że to majak wywołany przez moją przedziwną wyobraźnię.
Szłam w ślimaczym tempie przewidując, co powinnam zrobić.  Odejść, zignorować go, pobiec do niego w podskokach? Serce waliło mi jak u kanarka. Bałam się, że dostanę zawału. Wzięłam głęboki wdech, by uspokoić mój puls, ale gdy Justin posłał mi jeden ze swoich najwspanialszych uśmiechów, wszystko poszło na marne. Podeszłam do niego na miękkich nogach jakbym zaraz miała zemdleć. Spokojnie, Victoria. Co Ci jest? Weź się w garść- podpowiadał mi głos w mojej głowie.
-Cześć- powiedział pochylając się nade mną, by złożyć na moim policzku słodki pocałunek. Owionął mnie jego zapach.
Udawałam, że nie zauważam gapiów wokół nas. Kilka osób nawet przystanęło udając, że szukają czegoś w plecakach lub coś upuścili. Justin spojrzał na nich i unosząc brwi uśmiechnął się pod nosem.
-Cześć- odpowiedziałam w końcu- Co tutaj robisz?
Justin okrążył samochód i otworzył drzwi od strony pasażera patrząc mi prosto w oczy mimo dzielącej nas odległości.
-Zabieram Cię stąd- powiedział kiwając głową na samochód.
-Ale mój wóz- powiedziałam trochę jękliwie.
-Nie martw się. Jason o niego zadba- powiedział puszczając w moją stronę perskie oko.
Zawahałam się przez moment, ale odwracając się jeszcze raz w stronę mojego volvo podeszłam do Biebera. Wsiadłam czując  pod sobą miękką skórę, mój nos drażnił zapach cynamonu.
Justin zamknął za mną drzwi i po chwili przekręcił kluczyk w stacyjce. Czułam na sobie zdziwione spojrzenia pozostałych. Zdawały się pytać co jest grane. Ja też tego nie wiedziałam, ale nie przeszkadzało mi to.
Wyjechaliśmy poza teren szkoły, a ja ze zdenerwowania wbijałam paznokcie w swoje nadgarstki. Byłam zestresowana, przestraszona i zdezorientowana. Wszystko potoczyło się tak szybko. Minuta rozmowy i już pędziliśmy w porsche przez ulice Nowego Jorku.
-Co my tak właściwie robimy?- zapytałam zapamiętując na pamięć kształt jego szczęki.
Justin westchnął, zamyślił się na chwilę i spojrzał na mnie swoimi roześmianymi oczami.
- Teraz jedziemy w pewne miejsce- powiedział wzruszając ramionami.
Doskonale jednak wiedział, że nie o taką odpowiedź mi chodziło. Nie to miałam na myśli. Do jakiego kręgu miałam go zaliczyć? Kolega,  przyjaciel, ktoś więcej? Justin chyba sam nie wiedział co o tym wszystkim myśleć, bo zaczął nerwowo drapać się po karku.
Nie narzekałam, jego towarzystwo mi odpowiadało, ale z reguły wolałam wiedzieć w co się pakuję.
Czułam się dziwnie nieswojo. Tak, jakbyśmy oboje do czegoś się zmuszali. Po raz pierwszy od naszego spotkania, panowała niezręczna cisza. Niemy krzyk wokół nas zdawał się gęstnieć.
Nikt nie podjął się rozmowy. Justin niby to rozluźniony prowadził samochód, ale ani razu nawet na mnie nie spojrzał, kiedy ja bacznie obserwowałam go kątem oka.
Kiedy w końcu samochód się zatrzymał, byliśmy w nieznanej mi części Nowego Jorku. Wysiadłam z samochodu, kiedy mój kompan otworzył przede mną drzwi i od razu wgniótł mnie w ziemię zapach stęchlizny wydobywający się ze śmietników nieopodal. Mimo tego, że było jasno, tutaj panował nieprzyjemny mrok. Czułam, że jestem w środku filmu gangsterskiego, a nas zaraz napadną zbiry. Wszystko we mnie krzyczało, że powinnam się  stąd jak najprędzej wynosić, ale opiekuńcze ramie Justina, które teraz mnie obejmowało, dodawało mi otuchy. Próbowałam ignorować ten zapach, strach i wszystko inne. Wsłuchiwałam się w miarowy oddech Biebera i chciałam by jego słodki zapach był zawsze ze mną. Z nim u boku nic nie mogło mi się stać. Mimo strachu Megan przed jego kontaktami ze mną, ja nie czułam, że jest dla mnie zagrożeniem. Był czymś w rodzaju opoki, zawsze odganiał złe myśli. To śmieszne, że myślę tak na tym etapie znajomości.
Justin zaśmiał się cicho, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.
-Co Cię tak rozbawiło?- zapytałam unosząc jedną brew do góry.
-Nie bój się tak, shawty. Tak kurczowo trzymasz się mojej koszulki, że zaraz mi ją rozerwiesz- powiedział i znowu zachichotał.
Poczułam, że oblewa mnie rumieniec. Co miałam poradzić? Bałam się wszystkiego, co było dla mnie potencjalnym zagrożeniem.
-Nie nabijaj się ze mnie- powiedziałam przybierając minę obrażonego dziecka.
-Za chwilę będziemy na miejscu- rzucił i mocniej przycisnął mnie do siebie. Czułam jego mięśnie brzucha pod bokserką.
Skręciliśmy w uliczkę, w której panował spokój. Panował mrok, ale nie tak przerażający. Nie chciałam jednak, by Justin wypuścił mnie ze swoich objęć.
Moje oczy dostrzegły wielki budynek ze świecącymi się, starymi neonami. Nikogo nie było wokoło tylko my i te kino. Głośno zaczerpnęłam powietrza, bo widok był przepiękny. Kino przywodziło na myśl stare budynki we Francji.
-No to jesteśmy- powiedział, gdy stanęliśmy przed wejściem.
-Co to…- nie dokończyłam, bo dobiegł mnie głośne powitanie dobiegające z wnętrza budynku, a po chwili już na zewnątrz. Chyba nie było tak opuszczone.
-Justin! Jesteś! Już się martwiłem, że nie przybędziesz. A to pewnie Victoria?- zapytał głos z oddali.
Mężczyzna wyszedł z cienia i mimowolnie przejechałam po nim wzrokiem. Był wysoki, umięśniony i przystojny jak na swój wiek. Miał około 50 lat, ale nie wyglądał jak typowy mężczyzna w średnim wieku. Nie dostrzegłam oponki na brzuchu, a on sam wyglądał i chyba też się czuł, jakby zaraz miał wystartować w maratonie. Był pełen energii, a ona też udzieliła się mnie.
Mężczyzna podał ku mnie dłoń.
-Sam Tooper, miło mi- powiedział i pocałował mi dłoń.
-Miło mi pana poznać, Panie Tooper- powiedziałam uśmiechając się.
-Och, mów mi Sam- powiedział i cofnął się, uśmiechając się do nas obojga.
-Chodźcie, zaraz się zacznie- powiedział Sam i już go nie było.
Justin złapał mnie za rękę i wkroczyliśmy do środka. Było tak jak się spodziewałam. Wszędzie długie wstęgi w kolorze czerwieni i kamienna posadzka. Miało to jednak swój urok. Od razu przypomniała mi się moja babcia.
-Jak to załatwiłeś?- zapytałam Justina, kiedy prowadził mnie do odpowiedniej sali.
Uśmiechnął się łobuzersko, tak jak lubię najbardziej.
-Mam swoje znajomości- powiedział i otworzył przede mną ogromne drzwi.
Usiedliśmy na samym środku wśród egipskich ciemności. Nie było nikogo oprócz nas. Było wspaniale. Zawsze o tym marzyłam.
-Znasz chyba wszystkich Nowojorczyków- powiedziałam rozsiadając się wygodnie.
-Bez przesady. Każdy ma swoje udziały tu czy tam. Sam to dobry przyjaciel mojej rodziny. To znaczy były dobry przyjaciel- powiedział i odchrząknął.
Nie chciałam być wścibska, więc nie zapytałam dlaczego jest byłym przyjacielem rodziny. Po chwili na ekranie pojawiła się aktorka w futrze i staromodnym kapeluszu na głowie. Paliła fajkę i rozmyślała nad czymś intensywnie. Film był czarno- biały, co mnie zaskoczyło.
Oglądałam w skupieniu przez kilka minut, kiedy Justin pochylił się nade mną i szepnął mi do ucha:
-Jak Ci się podoba?- zapytał.
-Masz słabość do lat 50?- zapytałam patrząc na jego przyciemnioną twarz.
-Przeszkadza Ci to? Jeżeli chcesz możemy zrobić coś innego. Po prostu chciałem pokazać Ci cząstkę mnie- powiedział, a w jego oczach dostrzegłam coś na kształt strachu.
-Nie, to wszystko jest wspaniałe.
-Cieszę się, że Ci się podoba.
Film zleciał bardzo szybko, chociaż z jego treści zapamiętałam niewiele. Co rusz łapałam się na tym, że wsłuchuję się w oddech, lub obserwuję kątem oka Justina. On też co jakiś czas szeptał mi do ucha swoje 3 grosze.
Nie chciałam jeszcze wracać do domu, ale jutro niestety czekała mnie szkoła, poza tym nie poinformowałam taty, że wrócę później.
-Odwieziesz mnie?- zapytałam, kiedy wychodziliśmy z kina, wcześniej żegnając się z Samem.
-Już? Dlaczego tak szybko?- zapytał łapiąc mnie za rękę.
-Szkołą, tata, dom- zaczęłam wyliczać.
-Ach, no tak. Każdy ma swoje obowiązki- powiedział.
Kiedy szliśmy przez mroczną uliczkę, nie bałam się tak bardzo, jak za pierwszym razem. Szczerze mówiąc ledwie zauważyłam, że już jesteśmy pod moim domem, bo w myślach cały czas odtwarzałam sobie naszą randkę.
-No cóż, czas na mnie- powiedziałam patrząc w jego karmelowe oczy.
Justin nie odezwał się, tylko spoglądał co rusz w moje oczy na przemian z ustami.
Po chwili bardzo powoli pochylił się nade mną, starając się mnie nie spłoszyć. Oboje patrzyliśmy sobie głęboko w oczy i mimo wolnie przesunęłam się bliżej. Kiedy jego wargi zetknęły się z moimi, przymknęłam  powieki. W tym pocałunku nie było brutalności, ani strachu. Było tak, jakby nasze usta idealnie do siebie pasowały. Justin całował mnie tak, jakby bał się mnie uszkodzić, jakbym była czymś szczególnie ważnym i jednocześnie kruchym. Poddawałam się jego dotykowi, wplątując dłonie  jego grzywkę trochę ją przy tym niszcząc.  Nie liczyło się nic więcej, poza nim. Przez kilka błogich minut nie było słychać niczego poza naszymi przyspieszonymi oddechami i szeptem poruszanych się synchronicznie ust. To on zaczął ten pocałunek, więc to on musi go zakończyć.
Niestety Justin wrócił do swojej poprzedniej pozycji patrząc na mnie podejrzliwie, jakby się bał, że ucieknę.
-Przepraszam- powiedział, chociaż nie dopatrzyłam się, że jest mu chociaż minimalnie przykro z powodu naszego pocałunku.
-Nie gniewam się- szepnęłam, jakbym bała się powiedzieć coś na głos.
Justin zachichotał lekko, ale się nie odezwał. Zabrałam swoje rzeczy i patrząc jeszcze na niego rzuciłam coś w stylu pożegnania.
W drodze do domu usta boleśnie mnie piekły. Jakby dawały o sobie znać. Wciąż czułam na nich usta Justina. Czułam jego zapach, czułam oddech. Musiałam teraz wziąć się w garść i skupić na mniej przyjemnych przyziemnych sprawach.
Wzięłam prysznic i zasiadłam do odrabiania lekcji, kiedy poczułam wibracje swojego telefonu. Wyciągnęłam iPhone’a i odczytałam wiadomość.
„Śpij dobrze, Księżniczko. Będę śnił o Tobie”. Moje plany skupienia się nie na Justinie legły w gruzach.



________________________
przepraszam, rozdział miał być w niedzielę, ale... nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
myślę, że rozdział się spodoba.
czytasz+skomentuj.
kocham was <3