Pół godziny
przed umówionym czasem siedziałam już całkiem przygotowana do wyjścia co rusz
poprawiając włosy, albo fioletową bluzkę. Ze zdenerwowania podrygiwałam nogami
i bawiłam się palcami. Czas mijał bardzo wolno. Z braku zajęcia zaczęłam
rozmyślać jak to będzie. Kino, kolacja, spacer? Wszystko mi odpowiadało. Czułam
się jak wielki balon, który ze stresu miał za chwilę pęknąć. A co, jeśli zrobię
z siebie pośmiewisko, albo wystawi mnie do wiatru? Odgoniłam od siebie złe
myśli. Jeżeli teraz tak się stresuję, co będzie, jeśli naprawdę będzie czym się
przejmować? Chyba serio pęknę.
Zaczęłam powoli zakładać kurtkę, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Rzuciłam się na niego jak lwica. „jestem na dole”. Czym prędzej zabrałam małą torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, zamknęłam drzwi na klucz i zeszłam schodami na dół. Chłodne październikowe powietrze smagało moją twarz, a pojedyncze żółte i pomarańczowe liście wirowały u mych stóp, jakby bawiły się w berka.
Dostrzegłam go od razu. Oparty o porsche wyglądał o niebo lepiej niż ja, mimo tak długiego czasu spędzonego przed lustrem. Jak zwykle czarne spodnie luźno na nim wisiały, a na nogach miał czarno-czerwone Nike Air Max. Założył też czarną bluzę z nadrukiem, a pod czerwonym snapem Chicago Bulls, miał jak zwykle perfekcyjnie ułożoną fryzurę. Towarzyszyły mu okulary przeciwsłoneczne i zawadiacki uśmiech.
Podeszłam do niego starając się nie okazywać zdenerwowania. Na mój widok uśmiechnął się jeszcze szerzej, aż zaparło mi dech w piersiach. Stanęłam na równi z nim, lecz był wyższy, więc musiałam nieco zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
-Cześć- powiedział pierwszy.
-Cześć. Dokąd mnie zabierasz?- zapytałam, kiedy okrążaliśmy samochód, by Justin mógł otworzyć przede mną drzwi ze strony pasażera.
-Przekonasz się.
Wsiadłam do środka czując pod sobą miękkie, skórzane obicie fotela. W samochodzie było tak czysto, jakby dopiero wyszedł z salonu. Pachniało lawendowym odświeżaczem powietrza, lecz dało się wyczuć woń dymu papierosowego. Rozsiadłam się wygodnie, nie wiedziałam co mam zrobić z rękami, więc położyłam je na moich kolanach. Justin przekręcił kluczyk i samochód zamruczał jak dziki kot. W tle leciała znana mi piosenka Drake’a.
-Jak tam, już Ci lepiej?- zapytał nie spuszczając wzroku z drogi przed nami.
Na początku nie skojarzyłam, o co chodzi, lecz po chwili domyśliłam się, że o wczorajszego kaca.
-Tak, o wiele. Potrzebne mi było tylko dużo snu i hektolitry wody.
Zachichotał, na co się uśmiechnęłam.
-A Ty co wczoraj robiłeś?- zapytałam.
-Nic specjalnego- odpowiedział wzruszając ramionami.
Po 15 minutowej jeździe zapełnionej rozmową o sprawach codziennych, zaparkowaliśmy pod rzędem sklepów i restauracji. Było niedzielne popołudnie, więc chodniki zapełniało mnóstwo turystów i rodzin. Justin jak na dżentelmena przystało, otworzył mi drzwi. Wygramoliłam się niezdarnie. Mijaliśmy chińską restaurację, KFC itp., więc czekało mnie coś innego. Oboje skupialiśmy się na lawirowaniu wśród przechodniów i żadne nas nie podjęło się rozmowy, ale nie było między nami niezręcznej ciszy.
Justin stanął przed schodkami prowadzącymi do jakiejś knajpki.
-Panie przodem- powiedział patrząc na mnie wyczekująco.
Zeszłam niepewnie na dół, uważając, żeby się nie przewrócić. Justin podążał tuż za mną. Weszłam do środka mając przed oczami obraz obskurnej knajpy pełnej karaluchów. Czekało mnie miłe rozczarowanie.
Pomieszczenie było dość duże i biło od niego gościnnością, jeżeli można tak powiedzieć. Beżowe ściany pokrywały obrazy gwiazd starego kina, a przy każdym stoliku stała klasyczna lampa z lat 50. Widziałam też stare krzesła za ladą i szafę grającą. W tle leciała piosenka Marylin Monroe. Stoliki były zapełnione, ale bez przepychu. Z drugiego końca restauracji pomachał nam mężczyzna w średnim wieku, z postępującą łysiną. Uśmiechnęłam się nieśmiało, a Justin odwiesił moją kurtkę. Jak bardzo nie pasowaliśmy do tego klimatu. Byliśmy wzorami współczesności, a tutaj chyba czas się zatrzymał po II wojnie światowej. Zajęliśmy stolik, kiedy podeszła do nas wesoła brunetka w fartuszku. Miała około 30 lat i uśmiechała się od ucha do ucha, jak wszyscy tutaj. Czułam się trochę jak w cyrku.
-Cześć, Kate- przywitał się mój towarzysz. Znał tutaj wszystkich pracowników.
-Witaj, Justin. Co Wam podać?- zapytała wyciągając ołówek z kieszeni białego fartuszka.
Przejrzałam menu i wybrałam sałatkę z brokułami, a Justin spaghetti. Kelnerka odeszła, by po chwili podać nam nasze zamówienia. W innej restauracji na posiłek czekałoby się 30 minut, ale nie tutaj. Wielki plus.
-Nigdy tutaj nie byłam- powiedziałam rozglądając się dookoła.
-Uwielbiam ten lokal. To jedyne miejsce, gdzie nikt się nie spieszy. Czas się zatrzymał i to jest świetne- powiedział upijając spory łyk napoju.
-Zabawne, dokładnie to samo pomyślałam.
Zabrałam się do jedzenia sałatki, kiedy poczułam, że ktoś mi się przygląda. Podniosłam głowę i napotkałam wzrok karmelowych oczu.
-Co? Mam coś na twarzy?- zapytałam czerwieniąc się jak burak.
-Nie, nic. No więc Victoria, co się stało, że przyjęłaś moje zaproszenie?
Odłożyłam sztućce, a Justin oparł brodę o swoje skrzyżowane na stoliku dłonie. Przyglądał mi się badawczo, ale uśmiech igrał na jego twarzy.
-Tak mnie prosiłeś. Żal mi się Ciebie zrobiło- powiedziałam z uśmiechem.
-Doprawdy?- zapytał nadal nie spuszczając ze mnie wzroku.
-A Ciebie co ku temu skłoniło?- zapytałam.
Justin wyraźnie się spiął. Zabrał dłonie z blatu stolika i wsadził je w kieszenie swojej bluzy. Nie mogłam odgadnąć jego wyrazu twarzy. Coś go gryzło. Oparł się z udawaną swobodą.
-Nie miałem żadnego konkretnego powodu, by Cię zaprosić. Jakoś tak wyszło. Jeżeli chcesz, możesz wyjść.
Na powrót przybrał minę niebezpiecznego gościa, za którą wcale nie tęskniłam. Patrzył na coś za mną, mocno zaciskając szczękę. Z trudem oparłam się pokusie, by się odwrócić. Jego wahania nastroju doprowadzały mnie do szału. W jednej chwili żartujemy, by po minucie Justin znów mnie wystraszył.
Zaczęłam powoli zakładać kurtkę, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Rzuciłam się na niego jak lwica. „jestem na dole”. Czym prędzej zabrałam małą torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, zamknęłam drzwi na klucz i zeszłam schodami na dół. Chłodne październikowe powietrze smagało moją twarz, a pojedyncze żółte i pomarańczowe liście wirowały u mych stóp, jakby bawiły się w berka.
Dostrzegłam go od razu. Oparty o porsche wyglądał o niebo lepiej niż ja, mimo tak długiego czasu spędzonego przed lustrem. Jak zwykle czarne spodnie luźno na nim wisiały, a na nogach miał czarno-czerwone Nike Air Max. Założył też czarną bluzę z nadrukiem, a pod czerwonym snapem Chicago Bulls, miał jak zwykle perfekcyjnie ułożoną fryzurę. Towarzyszyły mu okulary przeciwsłoneczne i zawadiacki uśmiech.
Podeszłam do niego starając się nie okazywać zdenerwowania. Na mój widok uśmiechnął się jeszcze szerzej, aż zaparło mi dech w piersiach. Stanęłam na równi z nim, lecz był wyższy, więc musiałam nieco zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
-Cześć- powiedział pierwszy.
-Cześć. Dokąd mnie zabierasz?- zapytałam, kiedy okrążaliśmy samochód, by Justin mógł otworzyć przede mną drzwi ze strony pasażera.
-Przekonasz się.
Wsiadłam do środka czując pod sobą miękkie, skórzane obicie fotela. W samochodzie było tak czysto, jakby dopiero wyszedł z salonu. Pachniało lawendowym odświeżaczem powietrza, lecz dało się wyczuć woń dymu papierosowego. Rozsiadłam się wygodnie, nie wiedziałam co mam zrobić z rękami, więc położyłam je na moich kolanach. Justin przekręcił kluczyk i samochód zamruczał jak dziki kot. W tle leciała znana mi piosenka Drake’a.
-Jak tam, już Ci lepiej?- zapytał nie spuszczając wzroku z drogi przed nami.
Na początku nie skojarzyłam, o co chodzi, lecz po chwili domyśliłam się, że o wczorajszego kaca.
-Tak, o wiele. Potrzebne mi było tylko dużo snu i hektolitry wody.
Zachichotał, na co się uśmiechnęłam.
-A Ty co wczoraj robiłeś?- zapytałam.
-Nic specjalnego- odpowiedział wzruszając ramionami.
Po 15 minutowej jeździe zapełnionej rozmową o sprawach codziennych, zaparkowaliśmy pod rzędem sklepów i restauracji. Było niedzielne popołudnie, więc chodniki zapełniało mnóstwo turystów i rodzin. Justin jak na dżentelmena przystało, otworzył mi drzwi. Wygramoliłam się niezdarnie. Mijaliśmy chińską restaurację, KFC itp., więc czekało mnie coś innego. Oboje skupialiśmy się na lawirowaniu wśród przechodniów i żadne nas nie podjęło się rozmowy, ale nie było między nami niezręcznej ciszy.
Justin stanął przed schodkami prowadzącymi do jakiejś knajpki.
-Panie przodem- powiedział patrząc na mnie wyczekująco.
Zeszłam niepewnie na dół, uważając, żeby się nie przewrócić. Justin podążał tuż za mną. Weszłam do środka mając przed oczami obraz obskurnej knajpy pełnej karaluchów. Czekało mnie miłe rozczarowanie.
Pomieszczenie było dość duże i biło od niego gościnnością, jeżeli można tak powiedzieć. Beżowe ściany pokrywały obrazy gwiazd starego kina, a przy każdym stoliku stała klasyczna lampa z lat 50. Widziałam też stare krzesła za ladą i szafę grającą. W tle leciała piosenka Marylin Monroe. Stoliki były zapełnione, ale bez przepychu. Z drugiego końca restauracji pomachał nam mężczyzna w średnim wieku, z postępującą łysiną. Uśmiechnęłam się nieśmiało, a Justin odwiesił moją kurtkę. Jak bardzo nie pasowaliśmy do tego klimatu. Byliśmy wzorami współczesności, a tutaj chyba czas się zatrzymał po II wojnie światowej. Zajęliśmy stolik, kiedy podeszła do nas wesoła brunetka w fartuszku. Miała około 30 lat i uśmiechała się od ucha do ucha, jak wszyscy tutaj. Czułam się trochę jak w cyrku.
-Cześć, Kate- przywitał się mój towarzysz. Znał tutaj wszystkich pracowników.
-Witaj, Justin. Co Wam podać?- zapytała wyciągając ołówek z kieszeni białego fartuszka.
Przejrzałam menu i wybrałam sałatkę z brokułami, a Justin spaghetti. Kelnerka odeszła, by po chwili podać nam nasze zamówienia. W innej restauracji na posiłek czekałoby się 30 minut, ale nie tutaj. Wielki plus.
-Nigdy tutaj nie byłam- powiedziałam rozglądając się dookoła.
-Uwielbiam ten lokal. To jedyne miejsce, gdzie nikt się nie spieszy. Czas się zatrzymał i to jest świetne- powiedział upijając spory łyk napoju.
-Zabawne, dokładnie to samo pomyślałam.
Zabrałam się do jedzenia sałatki, kiedy poczułam, że ktoś mi się przygląda. Podniosłam głowę i napotkałam wzrok karmelowych oczu.
-Co? Mam coś na twarzy?- zapytałam czerwieniąc się jak burak.
-Nie, nic. No więc Victoria, co się stało, że przyjęłaś moje zaproszenie?
Odłożyłam sztućce, a Justin oparł brodę o swoje skrzyżowane na stoliku dłonie. Przyglądał mi się badawczo, ale uśmiech igrał na jego twarzy.
-Tak mnie prosiłeś. Żal mi się Ciebie zrobiło- powiedziałam z uśmiechem.
-Doprawdy?- zapytał nadal nie spuszczając ze mnie wzroku.
-A Ciebie co ku temu skłoniło?- zapytałam.
Justin wyraźnie się spiął. Zabrał dłonie z blatu stolika i wsadził je w kieszenie swojej bluzy. Nie mogłam odgadnąć jego wyrazu twarzy. Coś go gryzło. Oparł się z udawaną swobodą.
-Nie miałem żadnego konkretnego powodu, by Cię zaprosić. Jakoś tak wyszło. Jeżeli chcesz, możesz wyjść.
Na powrót przybrał minę niebezpiecznego gościa, za którą wcale nie tęskniłam. Patrzył na coś za mną, mocno zaciskając szczękę. Z trudem oparłam się pokusie, by się odwrócić. Jego wahania nastroju doprowadzały mnie do szału. W jednej chwili żartujemy, by po minucie Justin znów mnie wystraszył.
Chyba
zobaczył szok w moich oczach, bo uśmiechnął się przepraszająco.
-Przepraszam, pewnie teraz masz w głowie tysiąc wyzwisk skierowanych do mnie, tak jak wtedy, na boisku.
-Nie, skąd- skłamałam.
Justin przewrócił oczami i na powrót rozluźniony, uśmiechnął się uroczo.
-Marny z Ciebie kłamca. Długo tu mieszkasz? Po raz pierwszy zobaczyłem Cię na tej feralnej imprezie, ale Twoją przyjaciółkę- tutaj Justin na ułamek sekundy się skrzywił- widziałem już wcześniej.
Od razu przed oczami stanęła mi scena sprzed dwóch tygodni. Pijany, nachalny chłopak, przerażenie w moich oczach, twarz Justina ratującego mnie z opresji. Gdyby nie on…
Zastanawiało mnie co nim wtedy kierowało. Skoro jest taki zły i niebezpieczny, nie powinien go interesować los jakiejś obcej dziewczyny.
-Mieszkam tu od zawsze- powiedziałam wracając do rzeczywistości.
Wzruszyłam ramionami, a Justin posłał mi zdziwione spojrzenie.
-Nie udzielam się towarzysko. To wszystko. Nie to, co Ty- kontynuowałam dłubiąc widelcem w sałatce.
-Co masz na myśli mówiąc „Nie to co Ty”?- zapytał unosząc brwi do góry.
-Jesteś na każdej imprezie. Oczywiście nie wyrzucam Ci tego. Jesteś w centrum uwagi, choćby na moich urodzinach. Gdybyś tylko słyszał późniejsze komentarze dziewczyn… Przy Tobie jestem zwykłą, szarą myszką.
Justin wyprostował się na krześle.
-No dobrze, może bywam w klubach, albo domówkach, ale nie dlatego, żeby się polansować- chciałam zaprotestować, ale Justin powstrzymał mnie przykładając mi palec do ust.
-Nie jestem tam z czystej przyjemności- kontynuował- mało o mnie wiesz. Nie chcę siedzieć w domu, chociaż szczerze, to na tych imprezach i tak nudzę się jak mops. Snuję się sam. Nie mam nikogo bliskiego. Nikt do tej pory mnie nie zainteresował. Trochę to chaotyczne, ale mam nadzieję, że zrozumiałaś.
Skończył i puścił mi perskie oko. Splótł nasze dłonie i poczułam, że rozpływam się pod jego dotykiem. Oniemiałam z wrażenia i dobrą minutę spoglądałam to na nasze dłonie, to na twarz Biebera. Nie wydawał się być ani trochę speszony. Czekał chyba na to, aż coś powiem.
-Skoro nikt nie jest Ci potrzebny, to co ja tutaj robię?- zapytałam z wyrzutem.
Poczułam się jak laleczka. Bawi się mną. Przygotowałam się więc na najgorsze.
-Czy ja coś takiego powiedziałem? Chyba muszę Ci coś wyjaśnić- odetchnął głęboko i po chwili na nowo zaczął swój monolog.
-Nie kleisz się do mnie jak reszta dziewczyn, nie schodzisz mi z drogi, idziesz przed siebie z uniesioną głową. Ja zawsze taki byłem! Wychodziłem poza linię i to jest niesamowite, bo czyni i Ciebie i mnie innymi. To mnie w Tobie urzekło.
Myślałam, że spadnę z krzesła. Czułam na sobie jego wyczekujące spojrzenie, ale co miałam odpowiedzieć? Jeżeli to, co powiedział przed chwilą, to prawda, to jestem w siódmym niebie. Nigdy jednak przede mną nie siedział ktoś, kto urodą dorównywał aniołom i mówił mi, że jestem wyjątkowa.
-Więc jestem inna. Od początku wiedziałam, że z moją głową coś jest nie tak. Ale i tak mnie zaskoczyłeś.
Rozluźniłam się, nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo byłam spięta.
Justin uśmiechnął się szeroko.
-Nie martw się, siebie też zaskoczyłem.
Justin spojrzał znacząco na moją prawie nietkniętą sałatkę, a ja na jego nieruszone spaghetti. Danie przed nim już dawno zrobiło się zimne. Był tak przejęty wyjaśnianiem swojego toku rozumowania, że go nie tknął. Odsunął od siebie talerz i przeczesał palcami swoją blond czuprynę. Wyglądało to trochę jak z reklamy odżywki do włosów.
Nie mogłam uwierzyć, że moje stosunki z nim tak bardzo się zmieniły. Jeszcze niedawno skakaliśmy sobie do gardeł, a na dźwięk jego imienia dostawałam białej gorączki. No cóż, nie zawsze początki są kolorowe.
-Chodźmy- rzucił.
-Przecież dopiero co przyszliśmy. Nie chcę jeszcze wracać do domu- powiedziałam z miną zabieranego z placu zabaw dziecka.
Mój towarzysz zaśmiał się gardłowo i zawołał kelnerkę do stolika. Podeszła od razu z nieopuszczającym ją uśmiechem.
-Podać Wam coś jeszcze?- zapytała melodyjnym sopranem.
-Tak właściwie to poprosimy rachunek- powiedział Justin.
Kelnerka, której na imię było Kate, podała nam rachunek, a Justin zapłacił mimo moich protestów. Ucieszyłam się, że mimo iż restauracja miała cudowny klimat, nie będę musiała oglądać więcej tych jak sądzę wymuszanych uśmiechów.
-Ślicznie Ci w tej bluzce. Wiem, oklepane zwłaszcza, że teraz masz na sobie płaszcz, ale w restauracji już to zauważyłem- powiedział, kiedy obok nas przechodziła jakaś para.
Siedzieliśmy na ławce w parku, z kubkami gorącej czekolady w dłoniach. Było dość chłodno, ale dzięki gorącemu napojowi, czułam przyjemne ciepło rozchodzące się od palców.
-Ja natomiast zauważyłam, że robisz się coraz bardziej rozgadany- rzekłam upijając spory łyk.
-Masz rację, przepraszam, ciągle tylko mówię nie mając na uwadze, co Ty masz do powiedzenia. Wybacz mi moje gapiostwo- odpowiedział drapiąc się po karku.
-Ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Lubię słuchać.
-To teraz ja chcę posłuchać Ciebie. Opowiedz mi coś o sobie- powiedział obracając się do mnie przodem.
Czułam na sobie jego palące spojrzenie, ale czułam też, że jesteśmy centrum zainteresowania jakiejś grupy dziewczyn, ale nie z mojego powodu.
Był taki przystojny. Jego karmelowe oczy, te spojrzenie, pełne usta. Powalał nie tylko urodą, ale też sprawiał wrażenie prawdziwego Bad boya. Te tatuaże, a te mięśnie. Na chwilę zapomniałam o tym, o czym rozmawialiśmy, zatracona w pożeraniu go wzrokiem.
-Może zrób zdjęcie. Zostanie na dłużej- powiedział śmiejąc się cicho.
Zarumieniłam się jak zwykle i odchrząknęłam.
-Chciałeś coś wiedzieć. Ale co?- zapytałam chowając twarz we włosach.
-Nie wiem, cokolwiek. Masz jakieś plany na przyszłość? Marzenia, hobby?
-Cóż, zawsze chciałam być cheerleaderką.
-Więc dlaczego nią nie jesteś?- zapytał strzelając palcami.
-Ugh, nie rób tak!- wydarłam się na niego jak wariatka.
-Ale jak?- zapytał. Wyraźnie zbiłam go z pantałyku.
-Strzelasz palcami- powiedziałam krzywiąc się.
Justin zrobił to jeszcze raz, a kiedy zasłoniłam sobie uszy dłońmi, zaczął się śmiać z mojej reakcji. Posłałam mu najbardziej nienawistne spojrzenie na jakie było mnie stać, a on dalej się śmiał.
-Ten dźwięk przyprawia mnie o gęsią skórkę. Jest taki… nawet nie wiem jak to opisać. Po prostu nie lubię tego. Wiesz, że jeżeli będziesz tak robił, to na starość będziesz miał problemy ze stawami?- zapytałam krzyżując ramiona.
Minął nas samochód z opuszczonymi szybami i naszych uszu dobiegła głośna, hip-hopowa piosenka. Justin poczekał, aż samochód nas minie, bo i tak teraz nie usłyszałabym niczego, poza tekstem piosenki.
-Wiesz, że jeżeli będziesz paliła papierosy, to umrzesz na raka?- zapytał naśladując ton mojego głosu i ruchy.
Zaśmiałam się nerwowo, bo doskonale zdawałam sobie z tego sprawę.
-Sam palisz jak smok.
-Nieważne- powiedział wywracając oczami- No ale nie dokończyłaś mi, dlaczego nie realizujesz swojego marzenia jako piszcząca lalunia z pomponami w rękach?
-Serio nie wiesz?- zapytałam unosząc brwi do góry zdziwiona.
Justin przekręcił przecząco głową i wzruszył ramionami, nie wiedząc o co mi chodzi.
-Ledwo chodzę nie potykając się co dwa metry. Jestem taką niezdarą! Zaskoczyłam samą siebie, że nie wywróciłam się na tej imprezie, przecież miałam na nogach szpilki. A teraz wyobraź sobie mnie wykonującą piruety i inne skomplikowane ewolucje. Reszta dziewczyn, razem ze mną, wylądowałybyśmy przeze mnie w szpitalu.
Justin zgniótł w dłoni plastikowy kubek po czekoladzie i zaśmiał się głośno. Jakaś kobieta z wózkiem spojrzała na nas krytycznie. Pewnie bała się, że obudzimy jej dziecko.
Zauważyłam, że zarówno ja jak i Justin śmiejemy się i uśmiechamy nadzwyczaj często jak na jedno spotkanie.
-Przesadzasz- powiedział po ataku śmiechu.
-Wcale nie- powiedziałam oburzona, że śmieje się z mojej koordynacji ruchowej.
-Widzę, że robi się coraz zimniej, a ja nie chcę, żebyś zachorowała. Jest już późno, a jutro czeka Cię szkoła. Chodź, odwiozę Cię.
Justin wstał i podał mi lewą dłoń. Do samochodu podążaliśmy trzymając się za ręce.
Całą drogę powrotną myślałam, że chyba to jest ten moment. Chłopak po randce odwozi mnie do domu. Co teraz mogło się zdarzyć? Tak bardzo się stresowałam.
Kiedy w końcu zaparkowaliśmy na mojej ulicy, a silnik zgasł zapadła między nami cisza przerywana tylko odgłosami z ulicy. Policzyłam do dziesięciu i zaczęłam się zbierać.
-Dziękuję Ci za dzisiaj i w ogóle za wszystko.
-Poczekaj- powiedział i odwróciłam się w jego stronę.
Pochylił się nade mną i widziałam w jego oczach, że podejmuje jakąś decyzję. Znieruchomiałam jak sparaliżowana, a wtedy on złożył na moim policzku mały, słodki pocałunek. Uśmiechnęłam się do siebie czując jego wargi. Trwało to zaledwie sekundę, a usta miał tak rozkosznie miękkie, że zapragnęłam, żeby pocałował mnie nie w policzek, ale w usta.
-Do zobaczenia- powiedział, a mnie owionął jego zapach.
Wyszłam z samochodu i dopiero, kiedy stanęłam przed lustrem w swoim pokoju. zdałam sobie sprawę, że cały czas chichotałam jak wariatka.
___________________________
tak, wiem, zabijecie mnie.
są ferie, wyjechałam, i po prostu nie miałam czasu ani możliwości, żeby dodać rozdział.
w końcu na randce, może nie jest jaka bombowa, ale zawsze.
liczę na to, że się spodoba.
kc was.
ale proszę komentarze <3
-Przepraszam, pewnie teraz masz w głowie tysiąc wyzwisk skierowanych do mnie, tak jak wtedy, na boisku.
-Nie, skąd- skłamałam.
Justin przewrócił oczami i na powrót rozluźniony, uśmiechnął się uroczo.
-Marny z Ciebie kłamca. Długo tu mieszkasz? Po raz pierwszy zobaczyłem Cię na tej feralnej imprezie, ale Twoją przyjaciółkę- tutaj Justin na ułamek sekundy się skrzywił- widziałem już wcześniej.
Od razu przed oczami stanęła mi scena sprzed dwóch tygodni. Pijany, nachalny chłopak, przerażenie w moich oczach, twarz Justina ratującego mnie z opresji. Gdyby nie on…
Zastanawiało mnie co nim wtedy kierowało. Skoro jest taki zły i niebezpieczny, nie powinien go interesować los jakiejś obcej dziewczyny.
-Mieszkam tu od zawsze- powiedziałam wracając do rzeczywistości.
Wzruszyłam ramionami, a Justin posłał mi zdziwione spojrzenie.
-Nie udzielam się towarzysko. To wszystko. Nie to, co Ty- kontynuowałam dłubiąc widelcem w sałatce.
-Co masz na myśli mówiąc „Nie to co Ty”?- zapytał unosząc brwi do góry.
-Jesteś na każdej imprezie. Oczywiście nie wyrzucam Ci tego. Jesteś w centrum uwagi, choćby na moich urodzinach. Gdybyś tylko słyszał późniejsze komentarze dziewczyn… Przy Tobie jestem zwykłą, szarą myszką.
Justin wyprostował się na krześle.
-No dobrze, może bywam w klubach, albo domówkach, ale nie dlatego, żeby się polansować- chciałam zaprotestować, ale Justin powstrzymał mnie przykładając mi palec do ust.
-Nie jestem tam z czystej przyjemności- kontynuował- mało o mnie wiesz. Nie chcę siedzieć w domu, chociaż szczerze, to na tych imprezach i tak nudzę się jak mops. Snuję się sam. Nie mam nikogo bliskiego. Nikt do tej pory mnie nie zainteresował. Trochę to chaotyczne, ale mam nadzieję, że zrozumiałaś.
Skończył i puścił mi perskie oko. Splótł nasze dłonie i poczułam, że rozpływam się pod jego dotykiem. Oniemiałam z wrażenia i dobrą minutę spoglądałam to na nasze dłonie, to na twarz Biebera. Nie wydawał się być ani trochę speszony. Czekał chyba na to, aż coś powiem.
-Skoro nikt nie jest Ci potrzebny, to co ja tutaj robię?- zapytałam z wyrzutem.
Poczułam się jak laleczka. Bawi się mną. Przygotowałam się więc na najgorsze.
-Czy ja coś takiego powiedziałem? Chyba muszę Ci coś wyjaśnić- odetchnął głęboko i po chwili na nowo zaczął swój monolog.
-Nie kleisz się do mnie jak reszta dziewczyn, nie schodzisz mi z drogi, idziesz przed siebie z uniesioną głową. Ja zawsze taki byłem! Wychodziłem poza linię i to jest niesamowite, bo czyni i Ciebie i mnie innymi. To mnie w Tobie urzekło.
Myślałam, że spadnę z krzesła. Czułam na sobie jego wyczekujące spojrzenie, ale co miałam odpowiedzieć? Jeżeli to, co powiedział przed chwilą, to prawda, to jestem w siódmym niebie. Nigdy jednak przede mną nie siedział ktoś, kto urodą dorównywał aniołom i mówił mi, że jestem wyjątkowa.
-Więc jestem inna. Od początku wiedziałam, że z moją głową coś jest nie tak. Ale i tak mnie zaskoczyłeś.
Rozluźniłam się, nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo byłam spięta.
Justin uśmiechnął się szeroko.
-Nie martw się, siebie też zaskoczyłem.
Justin spojrzał znacząco na moją prawie nietkniętą sałatkę, a ja na jego nieruszone spaghetti. Danie przed nim już dawno zrobiło się zimne. Był tak przejęty wyjaśnianiem swojego toku rozumowania, że go nie tknął. Odsunął od siebie talerz i przeczesał palcami swoją blond czuprynę. Wyglądało to trochę jak z reklamy odżywki do włosów.
Nie mogłam uwierzyć, że moje stosunki z nim tak bardzo się zmieniły. Jeszcze niedawno skakaliśmy sobie do gardeł, a na dźwięk jego imienia dostawałam białej gorączki. No cóż, nie zawsze początki są kolorowe.
-Chodźmy- rzucił.
-Przecież dopiero co przyszliśmy. Nie chcę jeszcze wracać do domu- powiedziałam z miną zabieranego z placu zabaw dziecka.
Mój towarzysz zaśmiał się gardłowo i zawołał kelnerkę do stolika. Podeszła od razu z nieopuszczającym ją uśmiechem.
-Podać Wam coś jeszcze?- zapytała melodyjnym sopranem.
-Tak właściwie to poprosimy rachunek- powiedział Justin.
Kelnerka, której na imię było Kate, podała nam rachunek, a Justin zapłacił mimo moich protestów. Ucieszyłam się, że mimo iż restauracja miała cudowny klimat, nie będę musiała oglądać więcej tych jak sądzę wymuszanych uśmiechów.
-Ślicznie Ci w tej bluzce. Wiem, oklepane zwłaszcza, że teraz masz na sobie płaszcz, ale w restauracji już to zauważyłem- powiedział, kiedy obok nas przechodziła jakaś para.
Siedzieliśmy na ławce w parku, z kubkami gorącej czekolady w dłoniach. Było dość chłodno, ale dzięki gorącemu napojowi, czułam przyjemne ciepło rozchodzące się od palców.
-Ja natomiast zauważyłam, że robisz się coraz bardziej rozgadany- rzekłam upijając spory łyk.
-Masz rację, przepraszam, ciągle tylko mówię nie mając na uwadze, co Ty masz do powiedzenia. Wybacz mi moje gapiostwo- odpowiedział drapiąc się po karku.
-Ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Lubię słuchać.
-To teraz ja chcę posłuchać Ciebie. Opowiedz mi coś o sobie- powiedział obracając się do mnie przodem.
Czułam na sobie jego palące spojrzenie, ale czułam też, że jesteśmy centrum zainteresowania jakiejś grupy dziewczyn, ale nie z mojego powodu.
Był taki przystojny. Jego karmelowe oczy, te spojrzenie, pełne usta. Powalał nie tylko urodą, ale też sprawiał wrażenie prawdziwego Bad boya. Te tatuaże, a te mięśnie. Na chwilę zapomniałam o tym, o czym rozmawialiśmy, zatracona w pożeraniu go wzrokiem.
-Może zrób zdjęcie. Zostanie na dłużej- powiedział śmiejąc się cicho.
Zarumieniłam się jak zwykle i odchrząknęłam.
-Chciałeś coś wiedzieć. Ale co?- zapytałam chowając twarz we włosach.
-Nie wiem, cokolwiek. Masz jakieś plany na przyszłość? Marzenia, hobby?
-Cóż, zawsze chciałam być cheerleaderką.
-Więc dlaczego nią nie jesteś?- zapytał strzelając palcami.
-Ugh, nie rób tak!- wydarłam się na niego jak wariatka.
-Ale jak?- zapytał. Wyraźnie zbiłam go z pantałyku.
-Strzelasz palcami- powiedziałam krzywiąc się.
Justin zrobił to jeszcze raz, a kiedy zasłoniłam sobie uszy dłońmi, zaczął się śmiać z mojej reakcji. Posłałam mu najbardziej nienawistne spojrzenie na jakie było mnie stać, a on dalej się śmiał.
-Ten dźwięk przyprawia mnie o gęsią skórkę. Jest taki… nawet nie wiem jak to opisać. Po prostu nie lubię tego. Wiesz, że jeżeli będziesz tak robił, to na starość będziesz miał problemy ze stawami?- zapytałam krzyżując ramiona.
Minął nas samochód z opuszczonymi szybami i naszych uszu dobiegła głośna, hip-hopowa piosenka. Justin poczekał, aż samochód nas minie, bo i tak teraz nie usłyszałabym niczego, poza tekstem piosenki.
-Wiesz, że jeżeli będziesz paliła papierosy, to umrzesz na raka?- zapytał naśladując ton mojego głosu i ruchy.
Zaśmiałam się nerwowo, bo doskonale zdawałam sobie z tego sprawę.
-Sam palisz jak smok.
-Nieważne- powiedział wywracając oczami- No ale nie dokończyłaś mi, dlaczego nie realizujesz swojego marzenia jako piszcząca lalunia z pomponami w rękach?
-Serio nie wiesz?- zapytałam unosząc brwi do góry zdziwiona.
Justin przekręcił przecząco głową i wzruszył ramionami, nie wiedząc o co mi chodzi.
-Ledwo chodzę nie potykając się co dwa metry. Jestem taką niezdarą! Zaskoczyłam samą siebie, że nie wywróciłam się na tej imprezie, przecież miałam na nogach szpilki. A teraz wyobraź sobie mnie wykonującą piruety i inne skomplikowane ewolucje. Reszta dziewczyn, razem ze mną, wylądowałybyśmy przeze mnie w szpitalu.
Justin zgniótł w dłoni plastikowy kubek po czekoladzie i zaśmiał się głośno. Jakaś kobieta z wózkiem spojrzała na nas krytycznie. Pewnie bała się, że obudzimy jej dziecko.
Zauważyłam, że zarówno ja jak i Justin śmiejemy się i uśmiechamy nadzwyczaj często jak na jedno spotkanie.
-Przesadzasz- powiedział po ataku śmiechu.
-Wcale nie- powiedziałam oburzona, że śmieje się z mojej koordynacji ruchowej.
-Widzę, że robi się coraz zimniej, a ja nie chcę, żebyś zachorowała. Jest już późno, a jutro czeka Cię szkoła. Chodź, odwiozę Cię.
Justin wstał i podał mi lewą dłoń. Do samochodu podążaliśmy trzymając się za ręce.
Całą drogę powrotną myślałam, że chyba to jest ten moment. Chłopak po randce odwozi mnie do domu. Co teraz mogło się zdarzyć? Tak bardzo się stresowałam.
Kiedy w końcu zaparkowaliśmy na mojej ulicy, a silnik zgasł zapadła między nami cisza przerywana tylko odgłosami z ulicy. Policzyłam do dziesięciu i zaczęłam się zbierać.
-Dziękuję Ci za dzisiaj i w ogóle za wszystko.
-Poczekaj- powiedział i odwróciłam się w jego stronę.
Pochylił się nade mną i widziałam w jego oczach, że podejmuje jakąś decyzję. Znieruchomiałam jak sparaliżowana, a wtedy on złożył na moim policzku mały, słodki pocałunek. Uśmiechnęłam się do siebie czując jego wargi. Trwało to zaledwie sekundę, a usta miał tak rozkosznie miękkie, że zapragnęłam, żeby pocałował mnie nie w policzek, ale w usta.
-Do zobaczenia- powiedział, a mnie owionął jego zapach.
Wyszłam z samochodu i dopiero, kiedy stanęłam przed lustrem w swoim pokoju. zdałam sobie sprawę, że cały czas chichotałam jak wariatka.
___________________________
tak, wiem, zabijecie mnie.
są ferie, wyjechałam, i po prostu nie miałam czasu ani możliwości, żeby dodać rozdział.
w końcu na randce, może nie jest jaka bombowa, ale zawsze.
liczę na to, że się spodoba.
kc was.
ale proszę komentarze <3