wtorek, 25 lutego 2014

7.

Pół godziny przed umówionym czasem siedziałam już całkiem przygotowana do wyjścia co rusz poprawiając włosy, albo fioletową bluzkę. Ze zdenerwowania podrygiwałam nogami i bawiłam się palcami. Czas mijał bardzo wolno. Z braku zajęcia zaczęłam rozmyślać jak to będzie. Kino, kolacja, spacer? Wszystko mi odpowiadało. Czułam się jak wielki balon, który ze stresu miał za chwilę pęknąć. A co, jeśli zrobię z siebie pośmiewisko, albo wystawi mnie do wiatru? Odgoniłam od siebie złe myśli. Jeżeli teraz tak się stresuję, co będzie, jeśli naprawdę będzie czym się przejmować? Chyba serio pęknę.
Zaczęłam powoli zakładać kurtkę, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Rzuciłam się na niego jak lwica. „jestem na dole”. Czym prędzej zabrałam małą torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, zamknęłam drzwi na klucz i zeszłam schodami na dół. Chłodne październikowe powietrze smagało moją twarz, a pojedyncze żółte i pomarańczowe liście wirowały u mych stóp, jakby bawiły się w berka.
Dostrzegłam go od razu. Oparty o porsche wyglądał o niebo lepiej niż ja, mimo tak długiego czasu spędzonego przed lustrem. Jak zwykle czarne spodnie luźno na nim wisiały, a na nogach miał czarno-czerwone Nike Air Max. Założył też czarną bluzę z nadrukiem, a pod czerwonym snapem Chicago Bulls, miał jak zwykle perfekcyjnie ułożoną fryzurę. Towarzyszyły mu okulary przeciwsłoneczne i zawadiacki uśmiech.
Podeszłam do niego starając się nie okazywać zdenerwowania. Na mój widok uśmiechnął się jeszcze szerzej, aż zaparło mi dech w piersiach. Stanęłam na równi z nim, lecz był wyższy, więc musiałam nieco zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
-Cześć- powiedział pierwszy.
-Cześć. Dokąd mnie zabierasz?- zapytałam, kiedy okrążaliśmy samochód, by Justin mógł otworzyć przede mną drzwi ze strony pasażera.
-Przekonasz się.
Wsiadłam do  środka czując pod sobą miękkie, skórzane obicie fotela. W samochodzie było tak czysto, jakby dopiero wyszedł z salonu. Pachniało lawendowym odświeżaczem powietrza, lecz dało się wyczuć woń dymu papierosowego. Rozsiadłam się wygodnie, nie wiedziałam co mam zrobić z rękami, więc położyłam je na moich kolanach. Justin przekręcił kluczyk i samochód zamruczał jak dziki kot. W tle leciała znana mi piosenka Drake’a.
-Jak tam, już Ci lepiej?- zapytał nie spuszczając wzroku z drogi przed nami.
Na początku nie skojarzyłam, o co chodzi, lecz po chwili domyśliłam się, że o wczorajszego kaca.
-Tak, o wiele. Potrzebne mi było tylko dużo snu i hektolitry wody.
Zachichotał, na co się uśmiechnęłam.
-A Ty co wczoraj robiłeś?- zapytałam.
-Nic specjalnego- odpowiedział wzruszając ramionami.
Po 15 minutowej jeździe zapełnionej rozmową o sprawach codziennych, zaparkowaliśmy pod rzędem sklepów i restauracji. Było niedzielne popołudnie, więc chodniki zapełniało mnóstwo turystów i rodzin. Justin jak na dżentelmena przystało, otworzył mi drzwi. Wygramoliłam się niezdarnie.  Mijaliśmy chińską restaurację, KFC itp., więc czekało mnie coś innego. Oboje skupialiśmy się na lawirowaniu wśród przechodniów i żadne nas nie podjęło się rozmowy, ale nie było między nami niezręcznej ciszy.
Justin stanął przed schodkami prowadzącymi do jakiejś knajpki.
-Panie przodem- powiedział patrząc na mnie wyczekująco.
Zeszłam niepewnie na dół, uważając, żeby się nie przewrócić. Justin podążał tuż za mną. Weszłam do środka mając przed oczami obraz obskurnej knajpy pełnej karaluchów. Czekało mnie miłe rozczarowanie.
Pomieszczenie było dość duże i biło od niego gościnnością, jeżeli można tak powiedzieć. Beżowe ściany pokrywały obrazy gwiazd starego kina, a przy każdym stoliku stała klasyczna lampa z lat 50. Widziałam też stare krzesła za ladą i szafę grającą. W tle leciała piosenka Marylin Monroe. Stoliki były zapełnione, ale bez przepychu. Z drugiego końca restauracji pomachał nam mężczyzna w średnim wieku, z postępującą łysiną. Uśmiechnęłam się nieśmiało, a Justin odwiesił moją kurtkę. Jak bardzo nie pasowaliśmy do tego klimatu. Byliśmy wzorami współczesności, a tutaj chyba czas się zatrzymał po II wojnie światowej. Zajęliśmy stolik, kiedy podeszła do nas wesoła brunetka w fartuszku. Miała około 30 lat i uśmiechała się od ucha do ucha, jak wszyscy tutaj. Czułam się trochę jak w cyrku.
-Cześć, Kate- przywitał się mój towarzysz. Znał tutaj wszystkich pracowników.
-Witaj, Justin. Co Wam podać?- zapytała wyciągając ołówek z kieszeni białego fartuszka.
Przejrzałam menu i wybrałam sałatkę z brokułami, a Justin spaghetti. Kelnerka odeszła, by po chwili podać nam nasze zamówienia. W innej restauracji na posiłek czekałoby się 30 minut, ale nie tutaj. Wielki plus.
-Nigdy tutaj nie byłam- powiedziałam rozglądając się dookoła.
-Uwielbiam ten lokal. To jedyne miejsce, gdzie nikt się nie spieszy. Czas się zatrzymał i to jest świetne- powiedział upijając spory łyk napoju.
-Zabawne, dokładnie to samo pomyślałam.
Zabrałam się do jedzenia sałatki, kiedy poczułam, że ktoś mi się przygląda. Podniosłam głowę i napotkałam wzrok karmelowych oczu.
-Co? Mam coś na twarzy?- zapytałam czerwieniąc się jak burak.
-Nie, nic. No więc Victoria, co się stało, że przyjęłaś moje zaproszenie?
Odłożyłam sztućce, a Justin oparł brodę o swoje skrzyżowane na stoliku dłonie. Przyglądał mi się badawczo, ale uśmiech igrał na jego twarzy.
-Tak mnie prosiłeś. Żal mi się Ciebie zrobiło- powiedziałam z uśmiechem.
-Doprawdy?- zapytał nadal nie spuszczając ze mnie wzroku.
-A Ciebie co ku temu skłoniło?- zapytałam.
Justin wyraźnie się spiął. Zabrał  dłonie  z blatu stolika i wsadził je w kieszenie swojej bluzy. Nie mogłam odgadnąć jego wyrazu twarzy. Coś go gryzło. Oparł się z udawaną swobodą.
-Nie miałem żadnego konkretnego powodu, by Cię zaprosić. Jakoś tak wyszło. Jeżeli chcesz, możesz wyjść.
Na powrót przybrał minę niebezpiecznego gościa, za którą wcale nie tęskniłam. Patrzył na coś za mną, mocno zaciskając szczękę. Z trudem oparłam się pokusie, by się odwrócić. Jego wahania nastroju doprowadzały mnie do szału. W jednej chwili żartujemy, by po minucie Justin znów mnie wystraszył.

Chyba zobaczył szok w moich oczach, bo uśmiechnął się przepraszająco.
-Przepraszam, pewnie teraz masz w głowie tysiąc wyzwisk skierowanych do mnie, tak jak wtedy, na boisku.
-Nie, skąd- skłamałam.
Justin przewrócił oczami i na powrót rozluźniony, uśmiechnął się uroczo.
-Marny z Ciebie kłamca. Długo tu mieszkasz? Po raz pierwszy zobaczyłem Cię na tej feralnej imprezie, ale Twoją przyjaciółkę- tutaj Justin na ułamek sekundy się skrzywił- widziałem już wcześniej.
Od razu przed oczami stanęła mi scena sprzed dwóch tygodni. Pijany, nachalny chłopak, przeraż
enie w moich oczach, twarz Justina ratującego mnie z opresji. Gdyby nie on…
Zastanawiało mnie co nim wtedy kierowało. Skoro jest taki zły i niebezpieczny, nie powinien go interesować los jakiejś obcej dziewczyny.
-Mieszkam tu od zawsze- powiedziałam wracając do rzeczywistości.
Wzruszyłam ramionami, a Justin posłał mi zdziwione spojrzenie.
-Nie udzielam się towarzysko. To wszystko. Nie to, co Ty- kontynuowałam dłubiąc widelcem w sałatce.
-Co masz na myśli mówiąc „Nie to co Ty”?- zapytał unosząc brwi do góry.
-Jesteś na każdej imprezie. Oczywiście nie wyrzucam Ci tego. Jesteś w centrum uwagi, choćby na moich urodzinach. Gdybyś tylko słyszał późniejsze komentarze dziewczyn… Przy Tobie jestem zwykłą, szarą myszką.
Justin wyprostował się na krześle.
-No dobrze, może bywam w klubach, albo domówkach, ale nie dlatego, żeby się polansować- chciałam zaprotestować, ale Justin powstrzymał mnie przykładając mi palec do ust.
-Nie jestem tam z czystej przyjemności- kontynuował- mało o mnie wiesz. Nie chcę siedzieć w domu, chociaż szczerze, to na tych imprezach i tak nudzę się jak mops. Snuję się sam. Nie mam nikogo bliskiego. Nikt do tej pory mnie nie zainteresował. Trochę to chaotyczne, ale mam nadzieję, że zrozumiałaś.
Skończył i puścił mi perskie oko. Splótł nasze dłonie i poczułam, że rozpływam się pod jego dotykiem. Oniemiałam z wrażenia i dobrą minutę spoglądałam to na nasze dłonie, to na twarz Biebera. Nie wydawał się być ani trochę speszony. Czekał chyba na to, aż coś powiem.
-Skoro nikt nie jest Ci potrzebny, to co ja tutaj robię?- zapytałam z wyrzutem.
Poczułam się jak laleczka. Bawi się mną. Przygotowałam się więc na najgorsze.
-Czy ja coś takiego powiedziałem? Chyba muszę Ci coś wyjaśnić- odetchnął głęboko i po chwili na nowo zaczął swój monolog.
-Nie kleisz się do mnie jak reszta dziewczyn, nie schodzisz mi z drogi, idziesz przed siebie z uniesioną głową. Ja zawsze taki byłem! Wychodziłem poza linię i to jest niesamowite, bo czyni i Ciebie i mnie innymi. To mnie w Tobie urzekło.
Myślałam, że spadnę z krzesła. Czułam na sobie jego wyczekujące spojrzenie, ale co miałam odpowiedzieć? Jeżeli to, co powiedział przed chwilą, to prawda, to jestem w siódmym niebie. Nigdy jednak przede mną nie siedział ktoś, kto urodą dorównywał aniołom i mówił mi, że jestem wyjątkowa.
-Więc jestem inna. Od początku wiedziałam, że z moją głową coś jest nie tak. Ale i tak mnie zaskoczyłeś.
Rozluźniłam się, nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo byłam spięta.
Justin uśmiechnął się szeroko.
-Nie martw się, siebie też zaskoczyłem.
Justin spojrzał znacząco na moją prawie nietkniętą sałatkę, a ja na jego nieruszone spaghetti. Danie przed nim już dawno zrobiło się zimne. Był tak przejęty wyjaśnianiem swojego toku rozumowania, że go nie tknął. Odsunął od siebie talerz i przeczesał palcami swoją blond czuprynę. Wyglądało to trochę jak z reklamy odżywki do włosów.
Nie mogłam uwierzyć, że moje stosunki z nim tak bardzo się zmieniły. Jeszcze niedawno skakaliśmy sobie do gardeł,  a na dźwięk jego imienia dostawałam białej gorączki. No cóż, nie zawsze początki są kolorowe.
-Chodźmy- rzucił.
-Przecież dopiero co przyszliśmy. Nie chcę jeszcze wracać do domu- powiedziałam z miną zabieranego z placu zabaw dziecka.
Mój towarzysz zaśmiał się gardłowo i zawołał kelnerkę do stolika. Podeszła od razu  z nieopuszczającym ją uśmiechem.
-Podać Wam coś jeszcze?- zapytała melodyjnym sopranem.
-Tak właściwie to poprosimy rachunek- powiedział Justin.
Kelnerka, której na imię było Kate, podała nam rachunek, a Justin zapłacił mimo moich protestów. Ucieszyłam się, że mimo iż restauracja miała cudowny klimat, nie będę musiała oglądać więcej tych jak sądzę wymuszanych uśmiechów.


-Ślicznie Ci w tej bluzce. Wiem, oklepane zwłaszcza, że teraz masz na sobie płaszcz, ale w restauracji już to zauważyłem- powiedział, kiedy obok nas przechodziła jakaś para.
Siedzieliśmy na ławce w parku, z kubkami gorącej czekolady w dłoniach. Było dość chłodno, ale dzięki gorącemu napojowi, czułam przyjemne ciepło rozchodzące się od palców.
-Ja natomiast zauważyłam, że robisz się coraz bardziej rozgadany- rzekłam upijając spory łyk.
-Masz rację, przepraszam, ciągle tylko mówię nie mając na uwadze, co Ty masz do powiedzenia. Wybacz mi moje gapiostwo- odpowiedział drapiąc się po karku.
-Ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Lubię słuchać.
-To teraz ja chcę posłuchać Ciebie. Opowiedz mi coś o sobie- powiedział obracając się do mnie przodem.
Czułam na sobie jego palące spojrzenie, ale czułam też, że jesteśmy  centrum zainteresowania jakiejś grupy dziewczyn, ale nie z  mojego powodu.
Był taki przystojny. Jego karmelowe oczy, te spojrzenie, pełne usta. Powalał nie tylko urodą, ale też sprawiał wrażenie prawdziwego Bad boya. Te tatuaże, a te mięśnie. Na chwilę zapomniałam o tym, o czym rozmawialiśmy, zatracona w pożeraniu go wzrokiem.
-Może zrób zdjęcie. Zostanie na dłużej- powiedział śmiejąc się cicho.
Zarumieniłam się jak zwykle i odchrząknęłam.
-Chciałeś coś wiedzieć. Ale co?- zapytałam chowając twarz we włosach.
-Nie wiem, cokolwiek. Masz jakieś plany na przyszłość? Marzenia, hobby?
-Cóż, zawsze chciałam być cheerleaderką.
-Więc dlaczego nią nie jesteś?- zapytał strzelając palcami.
-Ugh, nie rób tak!- wydarłam się na niego jak wariatka.
-Ale jak?- zapytał. Wyraźnie zbiłam go z pantałyku.
-Strzelasz palcami- powiedziałam krzywiąc się.
Justin zrobił to jeszcze raz, a kiedy zasłoniłam sobie uszy dłońmi, zaczął się śmiać z mojej reakcji. Posłałam mu najbardziej nienawistne spojrzenie na jakie było mnie stać, a on dalej się śmiał.
-Ten dźwięk przyprawia mnie o gęsią skórkę. Jest taki… nawet nie wiem jak to opisać. Po prostu nie lubię tego.  Wiesz, że jeżeli będziesz tak robił, to na starość będziesz miał problemy ze stawami?- zapytałam krzyżując ramiona.
Minął nas samochód z opuszczonymi szybami i naszych uszu dobiegła głośna, hip-hopowa piosenka. Justin poczekał, aż samochód nas minie, bo i tak teraz nie usłyszałabym niczego, poza tekstem piosenki.
-Wiesz, że jeżeli będziesz paliła papierosy, to umrzesz na raka?- zapytał naśladując ton mojego głosu i ruchy.
Zaśmiałam się nerwowo, bo doskonale zdawałam sobie z tego sprawę.
-Sam palisz jak smok.
-Nieważne- powiedział wywracając oczami- No ale nie dokończyłaś mi, dlaczego nie realizujesz swojego marzenia jako piszcząca lalunia  z pomponami w rękach?
-Serio nie wiesz?- zapytałam unosząc brwi do góry zdziwiona.
Justin przekręcił przecząco głową i wzruszył ramionami, nie wiedząc o co mi chodzi.
-Ledwo chodzę nie potykając się co dwa metry. Jestem taką niezdarą! Zaskoczyłam samą siebie, że nie wywróciłam się na tej imprezie, przecież miałam na  nogach szpilki. A teraz wyobraź sobie mnie wykonującą piruety i inne skomplikowane ewolucje. Reszta dziewczyn, razem ze mną, wylądowałybyśmy przeze mnie w szpitalu.
Justin zgniótł w dłoni plastikowy kubek po czekoladzie i zaśmiał się głośno. Jakaś kobieta z wózkiem spojrzała na nas krytycznie. Pewnie bała się, że obudzimy jej dziecko.
Zauważyłam, że zarówno ja jak i Justin śmiejemy się i uśmiechamy nadzwyczaj często jak na jedno spotkanie.
-Przesadzasz- powiedział po ataku śmiechu.
-Wcale nie- powiedziałam oburzona, że śmieje się z mojej koordynacji ruchowej. 
-Widzę, że robi się coraz zimniej, a ja nie chcę, żebyś zachorowała. Jest już późno, a jutro czeka Cię szkoła. Chodź, odwiozę Cię.
Justin wstał i podał mi lewą dłoń. Do samochodu podążaliśmy trzymając się za ręce.
Całą drogę powrotną myślałam, że chyba to jest ten moment. Chłopak po randce odwozi mnie do domu. Co teraz mogło się zdarzyć? Tak  bardzo się stresowałam.
Kiedy  w końcu zaparkowaliśmy na mojej ulicy, a silnik zgasł zapadła między nami cisza przerywana tylko odgłosami z ulicy. Policzyłam do dziesięciu i zaczęłam się zbierać.
-Dziękuję Ci za dzisiaj i w ogóle za wszystko.
-Poczekaj- powiedział i odwróciłam się w jego stronę.
Pochylił się nade mną i widziałam w jego oczach, że podejmuje jakąś decyzję. Znieruchomiałam jak sparaliżowana, a wtedy on złożył na moim policzku mały, słodki pocałunek. Uśmiechnęłam się do siebie czując jego wargi. Trwało to zaledwie sekundę, a usta miał tak rozkosznie miękkie, że zapragnęłam, żeby pocałował mnie nie w policzek, ale w usta.
-Do zobaczenia- powiedział, a mnie owionął jego  zapach.
Wyszłam z samochodu i dopiero, kiedy stanęłam przed lustrem w swoim pokoju.  zdałam sobie sprawę, że cały czas chichotałam jak wariatka.


___________________________
tak, wiem, zabijecie mnie.
są ferie, wyjechałam, i po prostu nie miałam czasu ani możliwości, żeby dodać rozdział.

w końcu na randce, może nie jest jaka bombowa, ale zawsze.
liczę na to, że się spodoba.
kc was.
ale proszę komentarze <3

poniedziałek, 17 lutego 2014

6.

Powoli wybudzałam się ze snu i przeciągnęłam się leniwie. Gdy moja dłoń dotknęła satynowej pościeli, tak bardzo niepodobnej w dotyku do mojej, usiadłam raptownie, aż zakręciło mi się w głowie.
Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że nie jestem w moim pokoju. Leżałam na wielkim łóżku, przykryta jakąś drogą pościelą. Ściany dużego pokoju były w kolorze beżu, a na jednej z  nich wisiał obraz panoramy Nowego Jorku. Duże okno wpuszczało do środka światło poranka. W kącie leżała gitara, obok niej stała szafa z ciemnego drewna. Na fotelu dostrzegłam mój płaszcz i torebkę.
Spałam w domu Justina Biebera. Powoli przypominałam sobie wydarzenia ostatniej nocy. Impreza, taniec z Justinem, drinki z Megan. Ugh, co za wstyd, że się tak zalałam. Zdałam sobie sprawę, że powinnam bardziej przejmować się tym, że nie jestem w swoim domu, niż tym, ile wypiłam.
Strasznie bolała mnie głowa, i teraz wypiłabym 10 litrów wody. Wstałam powoli i zbliżyłam się do drzwi, kiedy one raptownie się otworzyły. Do pokoju wszedł jakiś chłopak. Czerwona jak burak poprawiłam sukienkę z wczorajszego wieczoru.
-Cześć?- zapytał chłopak stając naprzeciwko.
Jego ciemne włosy były w nieładzie, a na sobie miał coś w rodzaju piżamy. Chyba podobnie jak ja, dopiero wstał.
-Hej. Nie wiesz gdzie jest Justin?- zapytałam ochrypłym głosem, bo miałam wysuszone gardło.
-Przyszedłem, bo myślałem, że go tutaj zastanę. Nie chcę być wścibski, ale co Ty tutaj robisz?
W tej samej chwili usłyszałam jak do mieszkania wszedł ktoś jeszcze. Słyszałam brzęk kluczy i kroki w stronę pokoju.
-Ryan, wypad- powiedział Justin, na co odetchnęłam z ulgą.
Myślałam, że znowu ktoś wejdzie i zacznie się mi przyglądać, jakbym była jakąś kosmitką.
Drzwi zamknęły się za Justinem i stanął teraz patrząc prosto w moje oczy. Speszona spoglądałam wszędzie, tylko nie na niego.
-Przepraszam- powiedziałam.
-Za co?- zapytał zaskoczony.
Dopiero teraz tak naprawdę się mu przyjrzałam. Miał na sobie czarną bejsbolówkę, czarne spodnie i czarnego snapa. Cały na czarno. Ładnie mu tak.
Wskazałam na siebie dłońmi.
-Musiałeś mnie przenocować. Przepraszam i dziękuję, ale czy teraz mogę wrócić do domu?
-Jasne.
Zabrałam swoje rzeczy z fotela, odwróciłam się ostatni raz i wyszłam do przedpokoju, żeby się ubrać. Justin zabrał klucze i kurtkę, którą przed chwilą zdjął, żeby ponownie ją włożyć. Zamknął za nami drzwi i czekając na windę, staliśmy w niezręcznej ciszy.
-Jesteś zła?- zapytał głosem pełnym troski i ciekawości.
-Nie, nie jestem. Bardziej zła na siebie- odpowiedziałam wyciągając iPhone’a z torebki.
10 nieodebranych połączeń od Megan i taty. Świetnie, co ja im teraz powiem? Przede wszystkim jak się wytłumaczę tacie?
-Dlaczego? Przecież nic się nie stało.
-Co z tego, że pijana rzuciłam się na Ciebie i spałam u Ciebie  w łóżku, to nic takiego- powiedziałam wzruszając ramionami- A właśnie. Czy my…- nie dokończyłam licząc na to, że Bieber sam domyśli się o co mi chodzi.
Justin zachichotał wchodząc do windy.
-Spałem na kanapie, jeśli do tego pijesz- powiedział uśmiechając się łobuzersko. Ulżyło mi.
-Ładnie Ci w tej sukience- powiedział mierząc mnie wzrokiem i drapiąc się po karku.
Zarumieniłam się jak zwykle i rzuciłam coś w stylu podziękowań.

-No to jesteśmy- powiedział parkując na mojej ulicy.
Zabrałam płaszcz i torebkę z tylnego siedzenia, bąknęłam podziękowania i już miałam wychodzić, kiedy Justin zatrzymał mnie, łapiąc mnie za nadgarstki.
-Victoria- powiedział łagodnym tonem.
-Tak?- zapytałam odwracając się w jego stronę.
Byłam tak blisko niego, że  z łatwością widziałam pieprzyki na jego twarzy i plamki w jego dużych, karmelowych oczach.
-Podasz mi swój numer? Wiesz, tak na wszelki wypadek. Gdybyś nie miała gdzie przenocować lub coś w tym stylu- przy tym ostatnim łobuzersko się uśmiechnął.
Podałam mu numer telefonu i dziękując jeszcze raz, wysiadłam z porsche.
Weszłam po cichu do mieszkania, zdjęłam szpilki i na palcach udałam się do mojego pokoju, gdy drogę zagrodził mi mój tata.
-Dlaczego nie odbierałaś telefonu?- zapytał tonem surowego rodzica.
Już w samochodzie obmyśliłam sobie historyjkę na temat mojego pobytu poza domem.
-Nocowałam u Megan, a telefon miałam w torebce. Nie słyszałam, że dzwonisz- kłamałam ojcu prosto w oczy i źle się z tym czułam.
-Mogłaś napisać smsa, że nie wrócisz do domu.
Przewróciłam oczami poirytowana.
-Tato, to była moja impreza urodzinowa. Chyba nie będziesz mi teraz prawił kazań.
Wyminęłam go i ruszyłam do mojego pokoju. Rzuciłam rzeczy na łóżko i weszłam do łazienki. Kiedy spojrzałam na siebie w lustrze, aż się przestraszyłam. Moje włosy były potargane, korona zginęła wśród kołtunów. Oczy miałam podkrążone, a tusz się rozmazał. Długo zajęło mi same rozplątywanie włosów. W końcu udałam się pod prysznic. Gorąca woda rozluźniła moje napięte mięśnie, ale ból głowy tylko przybrał na sile.
Przebrałam się w świeże ubrania i usłyszałam, że dzwoni mój telefon. To Megan.
-Halo?- zapytałam niepewnym głosem.
-Opowiadaj!- krzyknęła mi prosto w ucho.
Opadłam na łóżko szykując się na przesłuchanie.

*Justin*
-Bieber, jestem pod wrażeniem. Co to za laska?- zapytał Ryan, kiedy wszedłem do mieszkania.
Stał w przedpokoju i opierał się nonszalancko o ścianę. Udałem, że go nie słyszałem i ruszyłem do kuchni. Z szafki wyciągnąłem paczkę Takis  i poszedłem do salonu.
-Głuchy jesteś?- zapytał.
-To koleżanka, upiła się na imprezie, więc ją przenocowałem. Coś jeszcze?- powiedziałem oglądając powtórkę meczu.
Ryan usiadł obok mnie i gapił się jak psychol. Boże, jest taki męczący. Udałem, że w ogóle nie przeszkadza mi jego obecność i odpaliłem papierosa. Wzrok przyjaciela wypalał mi dziurę w czaszce.
-Kurwa, Ryan! Wiem do czego zmierzasz. No dalej, zaczynaj.
Ryan zawsze urządzał coś w rodzaju małego przesłuchania. Setki głupich pytań.
-Jak ma na imię?- zapytał nie spuszczając ze mnie wzroku.
-Victoria.
-Masz jej numer?
-Mam- odpowiedziałem coraz bardziej zirytowany.
-Umówiliście się?- zapytał.
Odwróciłem się do niego i spojrzałem spod byka. Nic nie odpowiedziałem, tylko wstałem z kanapy i udałem się do kuchni po coś do picia. Ryan szedł tuż za mną.
-Zadzwoń do niej- namawiał mnie.
-Po co?
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi, Ryan otworzył i po chwili do mieszkania weszła Jennifer.
-Co jest grane?- zapytała wesoło.
-Nie uwierzysz co się stało. Wstałem rano i jak zwykle poszedłem do Biebera, a tam kto? Jakaś laska w sukience stoi przestraszona, jakby ktoś ją porwał. On nawet się z nią nie umówił.
Zignorowałem ich i poszedłem do pokoju. Rzuciłem się na łóżko, które wciąż pachniało damskimi perfumami. Połączenie lawendy i jakiś kwiatów. Może Ryan miał rację? Wyciągnąłem czarnego iPhone’a z kieszeni czarnych spodni i obracając go w dłoni, walczyłem sam ze sobą. Ta dziewczyna mnie intrygowała. Mądra, ładna, zabawna. Czego chcieć więcej? Odgrywałem w myślach coś w rodzaju sceny z Hamleta. Zadzwonić czy nie zadzwonić? Jestem głupi. Odpaliłem kolejnego papierosa i pomyślałem sobie, że skoro i tak skończę w piekle…
Wybrałem jej numer i trochę się denerwowałem, kiedy po trzecim sygnale nie odbierała. Moje obawy jednak zniknęły, gdy usłyszałem jej melodyjny głos.
-Halo?- zapytała niepewnie.
No dalej Bieber, teraz Twoja kolej.
-Cześć Victoria, tu Justin. Wiem, pewnie teraz przerwałem Ci odsypianie po wczoraj, ale  dzwonię, żeby zapytać, czy nie wyszłabyś gdzieś ze mną. Na pewno nie dzisiaj, bo pewnie jesteś nie do życia, ale może jutro?
Powiedziałem to jednym tchem, jakbym czytał z kartki.
-Za dużo informacji naraz. Głowa mi pęka. Możesz jeszcze raz, ale powoli?- zapytała, na co zaśmiałem się cicho.
-Wyjdziemy gdzieś jutro?
-W sumie czemu nie.
-O 3 będę po ciebie- powiedziałem uśmiechając się.
-To do jutra- rzuciła i się rozłączyła.
Poszło zadziwiająco dobrze. Może coś z tego będzie. Zerknąłem na zegarek, wskazywał piątą popołudniu. Mimo tego całego zamieszania z Victorią, nie mogłem zapominać, że mam obowiązki.
Zabrałem kurtkę i klucze i bez słowa w kierunku Ryana, wyszedłem. Gdy czekałem na windę, zadzwoniłem do Johna.
-Bieber, spóźniasz się- powiedział mocnym głosem.
-Zaraz będę.
Zjechałem windą na dół i szybkim krokiem poszedłem do porsche. Do Kawiarni, bo tak mówimy na miejsce naszych spotkań, dojechałem w 15  minut.
Był to motel Johna. W jednym z pokoi znajdowało się coś w rodzaju jego biura. Wszedłem do środka i od razu uderzył mnie silny odór stęchlizny. Dawno tu nie byłem, więc zapach podziałał na mnie ze zdwojoną siłą. Skrzywiłem się, ale kroczyłem dalej przez kłęby dymu papierosowego i nie tylko. Minąłem dwóch ochroniarzy i stanąłem za biurkiem szefa. Żaluzje były zasłonięte, więc światło wydobywało się tylko ze szczelin między nimi. Ze ścian odchodziła pożółkła tapeta, ale nikomu to nie przeszkadzało.
John to facet po 50-tce. Zajmuje się ułatwianiem nam, dilerom, towaru do sprzedania. Ma swoich ludzi chyba w całym Nowym Jorku, ja pracuję z nim od roku. Każdy jest przydzielony do określonego kręgu.
-Dzieciaku, już zaczynałem się denerwować. Miałeś być godzinę temu- powiedział monotonnym głosem, ale wiedziałem, że najchętniej rozkazałby swoim gorylom, żeby wgnietli mnie w ziemię.
-Ale jestem teraz. Miałem ważniejsze sprawy na głowie- powiedziałem zdejmując okulary przeciw słoneczne.
Na powrót przybrałem pozę twardego i niebezpiecznego gościa, z którym nie warto zadzierać, która przez Victorię trochę zmiękła.
-Bez pierdolenia. Gdzie jest forsa?- zapytał odpalając cygaro.
Podałem mu gruby plik pieniędzy, a on jak zwykle dał mi połowę z tego. Położył na biurku stos paczek z białym proszkiem.
-Masz tydzień- powiedział i obrócił się w stronę okna.
Zrozumiałem, że czas już na mnie i wyszedłem z hardą miną i wzrokiem utkwionym w drzwi.


_______________________________________________
Nareszcie się umówili! I są nawet Takis :3
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze, kochani jesteście.
Jak zwykle, czytasz- skomentuj.  

czwartek, 13 lutego 2014

5.

-Meg, wyglądam jak Księżniczka. Dziękuje Ci- powiedziałam przytulając mocno przyjaciółkę.
Nie mogłam uwierzyć, że odbicie w lustrze jest naprawdę moje. Długie blond włosy teraz wiły się na moich plecach poskręcane w zgrabne loki. Na głowie miałam koronę. Tak, koronę. Malinowa, rozkloszowana sukienka do kolan, z każdym moim ruchem kręciła  się jak baletnica. Nawet wysokie na 17cm szpilki mi nie przeszkadzały. Wszystko było idealne. Oczy błyszczały mi  z podekscytowania i uśmiechałam się szeroko do nowej, uroczej wersji mnie.
-Nie ma za co. Dzisiaj Twoje święto, musisz wyglądać najlepiej- powiedziała Megan zza moich pleców.
Odwróciłam się i zlustrowałam ją wzrokiem od stóp do głów. Czarna sukienka przylegała do jej szczupłego ciała. Brązowe włosy zgrabnie spięła w luźny aczkolwiek elegancki kok,  a na nogach miała podobne do moich, czarne szpilki. Bez względu na to, jak bardzo bym się starała, ona i tak biła mnie na głowę. Ale nie zamierzałam się tym teraz przejmować.
-Chodź już. Jason czeka na dole. Chyba nie chcesz się spóźnić na własne przyjęcie- powiedziała zabierając z mojego łóżka płaszcz i kopertówkę.
Nic nie odpowiedziałam, tylko zabierając swoje rzeczy ruszyłam jej śladem. „Własne przyjęcie”- te słowa jak echo dudniły w  mojej głowie. Im bliżej było do imprezy tym bardziej się stresowałam. A co będzie jeżeli wpadnę głową w tort, albo wywrócę się na parkiecie? Jestem okropną niezdarą, więc to jest jak najbardziej prawdopodobne.
Tato już wcześniej życzył mi udanej imprezy, bo musiał jechać do straży. Okropnie jest balować ze świadomością, że tata ciężko pracuje, ale nic nie mogłam na to poradzić.
Zjechałyśmy na dół windą czując na sobie ciekawskie spojrzenia podstarzałych sąsiadek. Czułam się bardzo skrępowana. Kiedy podeszłyśmy do samochodu Megan, bo Jason swój popsuł, przyjaciel zamknął mnie  w niedźwiedzim uścisku, tak, jakbyśmy nie widzieli się od wieków. Odwzajemniłam uścisk czując woń perfum.
-Zostaw ją! Wiesz ile pracowałam nad TYM?- zapytała oburzona przyjaciółka wymachując rękoma jak histeryczka.
Jason zaśmiał się nic sobie nie robiąc z uwag dziewczyny.
-Wyglądasz ślicznie- szepnął mi do ucha.
Poczułam się… dziwnie. Megan i Jason nie rozmawiają ze sobą od kilku dni. Nawet nie wiem dlaczego. Za każdym razem, gdy próbowałam poruszyć ten temat rozmawiając z przyjaciółką, ona tylko prychała sfrustrowana. Wyczułam, że to drażliwy temat, więc postanowiłam się w to nie mieszać. Niby rozmawiają ze sobą tak jak zawsze, ale zamiast powiedzieć swojej dziewczynie, że wygląda świetnie (bo tak jest), mówi to mi. Poczułam się tak, jakbym kopnęła Megan w brzuch. Odsunęłam się od niego szybko, uśmiechając się nerwowo.
-Jedziemy?- zapytałam, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do klubu i nie stresować się tak bardzo. Bo przecież nie ma czym, prawda?


Około 20 minut później parkowaliśmy pod klubem. Byłam za to bardzo wdzięczna mojemu tacie, bo to on wszystko załatwiał.
Wysiadłam szybko, czując jak chłodne październikowe powietrze bawi się moimi włosami. Ludzie już zbierali się w środku i słychać było głośną muzykę. Wciągnęłam powietrze nosem i mocno wypuściłam ustami, próbując się trochę uspokoić.
-No to wchodzimy- powiedziała Megan, ściskając mnie za ramiona.
Weszłam i od razu dyskotekowy reflektor poraził mnie w oczy. Słyszałam, że wraz z moim nadejściem muzyka ucichła i DJ ogłosił moje przybycie. Później wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy siedziałam wygodnie na czerwonej kanapie wraz z Laurą popijając szampana. Ludzie składali mi życzenia, śpiewali „sto lat” i zdmuchnęłam świeczki życząc sobie, żebym nie narobiła sobie wstydu przed tyloma znajomymi.
Szampan mnie rozluźnił i już zupełnie nie czułam się zestresowana.
-Świetna ta korona. Wyglądasz jak Księżniczka- oznajmiła mi Laura.
-Wiesz, że jakąś godzinę temu powiedziałam to samo?
Laura zachichotała znad napoju z bąbelkami. Z dużym kieliszkiem w ręku i w swoim stroju wyglądała jak arystokratka. Czerwona sukienka podobnie jak u Megan opinała jej ciało, a czarne i proste jak struny włosy opadały swobodnie na ramiona. Do tego czerwona szminka.
-Wyglądasz jak arystokratka.
Wypowiedziałam na głos moje myśli, a Laura zrobiła przerażoną minę.
-Ten strój mnie postarza? Wyglądam jak moja matka?- zapytała z przerażeniem w oczach.
-Nie wyglądasz jak Twoja matka- powiedziałam ze śmiechem.
Koło naszej kanapy przeszły jakieś dwie dziewczyny chichocząc, potem następne. Nie wiedziałam o co chodzi. Ale po chwili go zobaczyłam.
Kroczył w moją stronę, a tuż za nim Jason. Jego włosy jak zwykle nienagannie ułożone, a na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Czarne rurki luźno opuścił na dół, czarna marynarka świetnie na nim leżała, a pod nią miał białą bokserkę, która opinała jego klatkę piersiową. Podwinął rękawy marynarki do łokcia, więc widziałam jego tatuaże na lewej ręce.
-Patrz- powiedziała do mnie Laura dyskretnie.
-Widzę- odpowiedziałam i mimowolnie wydałam z siebie ciche westchnienie, na co ona zachichotała.
Już zupełnie zapomniałam o tym, że byłam na niego zła. W końcu stanęli naprzeciwko nas, a ja nie wiedzieć dlaczego wstałam z miejsca. Wyglądało to tak, jakbym witała go z otwartymi ramionami, gotowa oddać mu moje serce. Wiem, oklepany tekst.
-Cześć- odezwał się pierwszy zdejmując okulary. Jego głos był kojącą melodią dla moich uszu.
-Cześć- odpowiedziałam najłagodniej jak potrafiłam, co mnie zaskoczyło.
-Laura, chodź do nas. Megan na Ciebie czeka- powiedział znacząco Jason.
Przyjaciółka spojrzała na mnie  z niedowierzaniem w oczach i odeszła.

*Justin*
Wyglądała przepięknie. Nie mogłem się na nią napatrzeć. Korona dodawała jej uroku i te wielkie, błyszczące oczy. Widząc, ze pożeram ją wzrokiem, spłonęła rumieńcem. Sekundy mijały, a my staliśmy gapiąc się na siebie, jakbyśmy próbowali zatrzymać ten widok na zawsze. Przynajmniej z mojej strony tak to wyglądało.
Bieber, weź się w garść- podpowiedział mi głos z tyłu głowy.
-Wszystkiego najlepszego- powiedziałem z braku pomysłu.
Podałem jej mały prezent, a ona usiadła trzymając go w dłoniach. Usiadłem obok.
-Jak się tu w ogóle dostałeś?- zapytała patrząc na prezent.
Podrapałem się w kark, nie wiedząc czy mogę wsypać kumpla. Z drugiej strony i tak go ze mną widziała.
-Jason mnie wprowadził- powiedziałem uśmiechając się głupio.
-Mogłam się tego domyśleć.
-Nie otworzysz?- zapytałem patrząc znacząco na prezent.
Victoria wzruszyła ramionami i zaczęła rozpakowywać prezent, ale marnie jej szło. Zabrałem od niej prezent, a kiedy nasze dłonie się dotknęły, ona wycofała się szybko, czerwieniąc się. Nie wiem dlaczego to dla niej taki problem.
Zerwałem papier dekoracyjny, nad którym nawiasem mówiąc męczyłem się dobrą godzinę i podałem jej małe pudełeczko. Otworzyła je i wzięła srebrną bransoletkę między palce.
-Um, dziękuję- powiedziała.
Wiedziałem, że to beznadziejny prezent, ale kiedy zapytałem się Jennifer, co mógłbym kupić znajomej na urodziny, doradziła mi to.
-Nie podoba Ci się?- zapytałem zrezygnowany. Raczej to stwierdziłem.
-Justin, nie o to chodzi. Jest piękna, tylko… bardziej spodziewałabym się bomby. Wiesz, po naszym ostatnim spotkaniu, nie liczyłam, że w ogóle się jeszcze spotkamy. Nie byliśmy wobec siebie… uprzejmi. Nie wiem skąd ta zmiana. I co ona oznacza, chyba mnie rozumiesz- powiedziała patrząc w czubki swoich butów.
Totalnie mnie zaskoczyła. Ale wszystko co powiedziała to prawda. Musiałem zadać sobie pytanie po co tu tak właściwie przyszedłem. Długo zastanawiałem się nad swoim życiem. Nie mam żadnych planów, ambicji, jedyne co robię to sprzedawanie dragów, albo udawanie jaki jestem zły i niebezpieczny. Stwierdziłem, że jeżeli dalej będę się tak zachowywał, zostanę sam. Ja i ćpuny. Bez sensu. A Victoria? To znajoma.
-Wiem, zachowywałem się jak totalny dupek, ale taki już jestem. Przepraszam, jeżeli kiedykolwiek Cię obraziłem. Możemy zacząć jeszcze raz?
Teraz zaskoczyłem sam siebie. I co jeszcze zrobię? Może bukiet róż jej kupię? Robię się miękki jak masło.
-Tak, czemu nie- na twarzy Victorii malował się wielki uśmiech, a ja również się uśmiechnąłem.
Piosenka zmieniła się na balladę, a Victoria aż podskoczyła.
-Jeju, uwielbiam ten kawałek- powiedziała kołysząc się w rytm.
Wstałem i wyciągnąłem lewą dłoń w jej stronę.
-Zatańczysz?- zapytałem?
-Nie wiem czy to dobry pomysł. Szczerze mówiąc nie umiem tańczyć.
-W tańcu wszystko zależy do tego, jak prowadzi partner.
Przekonałem ją i ruszyliśmy w stronę parkietu. Stanęliśmy na środku i czułem na sobie wzrok jej koleżanki. Chwyciłem Viktorię w talii i zaczęliśmy bujać się w takt piosenki. Krok w lewo, krok w prawo, krok w tył, krok w przód. I tak cały czas. Widziałem, że cały czas patrzy na swoje buty, żeby się nie przewrócić.
-Spokojnie- powiedziałem.
Uśmiechnęła się, ale i tak po chwili znów jej wzrok spadł na stopy.
Tańczyliśmy dobrą godzinę, aż w końcu Victoria poddała się czując ból w palcach.
-Chcesz się czegoś napić?- zapytałem.
Zanim zdążyła mi odpowiedzieć podbiegła do niej dziewczyna Jasona (jej imię wyleciało mi z głowy). Piszczała coś jak zwykle zabierając Victorię ode mnie. Dziewczyna odwróciła się jeszcze uśmiechając się przepraszająco, a ja ruszyłem w stronę wyjścia, żeby zapalić papierosa.

*Victoria*
-Co Ty u licha wyprawiasz?- zapytałam Megan, kiedy ciągnęła mnie w stronę baru.
-No jak to co? Ratuję Cię-  powiedziała.
Usiadłyśmy przed barem, zamawiając drinki. Spojrzałam na nią zszokowana. O co jej chodziło?
-Ratujesz mnie? Przed czym?
Spojrzała na mnie jak na wariatkę i wyjaśniła mi, że widziała mnie z Bieberem i postanowiła działać, tyle, że ta pomoc nie była w ogóle potrzebna. Dobrze się z nim bawiłam, a ona zabrała mnie z jego objęć, jakby chciał mnie zgwałcić.
-Dobrze się czujesz? Jeszcze parę dni temu go nienawidziłaś, a teraz spokojnie z nim tańczysz? Odbiło Ci, Vic?
- Jejku, to było dawno- powiedziałam uśmiechając się.
-Jak chcesz. Ale chyba teraz do niego nie wrócisz. Wyjdziesz na desperatkę.
No pewnie, że nie- powiedziałam popijając drinka.
Siedziałyśmy tak pijąc drinki jeden za drugim i rozmawiając, kto jest w co ubrany, albo z kim tańczy. Na własnej imprezie urodzinowej. Czemu nie.
Oznajmiłam Megan, że idę do łazienki, ale kiedy wstałam, od razu zatoczyłam się do tyłu. W głowie mi szumiało i czułam, że już dosyć alkoholu jak na jedną noc. Przyjaciółka chichotała i zorientowałam się, że też jest wstawiona. Załapałam od niej głupawkę i śmiałam się jak wariatka. Nagle ktoś złapał mnie za ramiona i poczułam zapach tak dobrze znanych mi perfum.
-Nic Ci nie jest?
Odwróciłam się i zauważyłam, że to Jason. Stał z zatroskaną miną i obserwował nas bacznie.
-Nie, wszystko okej. Chyba po prostu za dużo z Meg wypiłyśmy.
Język mi się plątał. Odwróciłam się w stronę sof i zauważyłam, że Justin gaworzy sobie z Mią. Boże, jak ja tej dziewczyny nie cierpiałam. Zawsze znalazła powód, by mnie ośmieszyć, a teraz gdy zobaczyłam, że spokojnie flirtuje sobie z Justinem, nie wytrzymałam i wymierzyłam cios w klatkę piersiową Jasona. Cofnął się zaskoczony.
-A to za co?- zapytał zszokowany naszym zachowaniem. Zwykle tyle nie piłyśmy.
-Co ta szmata robi z Bieberem?
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ruszyłam chwiejnym krokiem w ich kierunku. Nie przemyślałam tego, ale teraz nie mogłam się już wycofać. Postanowiłam zadziałać jakoś  w tej sprawie. Mia na moich oczach robi ze mnie pośmiewisko.
Stanęłam przed nimi kiwając się. Udawałam, że to w rytm muzyki.
-Justin, mogę Cię na chwilkę?- zapytałam najbardziej uwodzicielskim głosem na jaki było mnie stać. Ale zważając na to, że byłam pijana, nie poszło mi najlepiej. Mimo to, Justin wstał, pożegnał się z Mią i prowadził mnie w stronę wyjścia.
-Co jest grane?- przyjrzał mi się uważnie- Victoria, jesteś kompletnie zalana!
Oburzyłam się, ale miał rację. Nadal kręciło mi się w głowie, chodziłam jak kaleka, a najchętniej poszłabym spać.
Stanęliśmy przed tylnym wejściem i z torebki wyciągnęłam pierwszego dzisiaj papierosa. Odpaliłam, zaciągnęłam się mocno i poczułam, że to tyle. Przechyliłam się w stronę Justina, a on w porę złapał mnie mocno.
-Odwieźć Cię do domu?- zapytał zatroskany.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć, tylko kiwnęłam głową, zgadzając się.
Justin posadził mnie na tylnym siedzeniu swojego samochodu i oznajmił, że powie tylko Jasonowi, że dla mnie to koniec imprezy. Zawiózł mnie w nieznane mi miejsce.
-Gdzie jesteśmy?- zapytałam wysiadając półprzytomna.
-Dzisiaj prześpisz się u mnie, chyba nie spodziewałaś się, że w takim stanie wrócisz do domu.
Nie miałam już żadnych pytań. Oparłam się o jego ramię,  a raczej położyłam się na nim i zasnęłam przed blokiem.


_____________________
boze, dodaje ten rozdział w szkole,ale nie mogłam się doczekać. 
dziekuje wszystkim, ktorzy to czytaja. 
jak zwykle. czytasz- skomentuj.

poniedziałek, 10 lutego 2014

4.

*Justin*
-Masz coś dla mnie, Bieber?- zapytał Carlos, kiedy staliśmy obok mojego samochodu.
-Zależy czy Ty coś dla mnie masz- powiedziałem uchylając okulary przeciwsłoneczne.
Brunet rozejrzał się, czy oby na pewno nikt nas nie obserwuje i w prawą dłoń wsunął mi pieniądze. Lewą dłonią podałem mu paczuszkę z białym proszkiem. Carlosowi rozszerzyły się źrenice jak małemu dziecku w sklepie ze słodyczami. Schował pospiesznie heroinę do tylnej kieszeni jeansów i uśmiechnął się szeroko. 
Rzygać mi się chciało na jego widok. Był narkomanem od dwóch lat i wyglądał jak cień człowieka. Miał taką smukłą twarz, że wydawało się, jakby kości policzkowe za chwilę miały przebić mu skórę. Pod zielonymi oczami miał ogromne sińce, a na rękach wiele blizn od strzykawki. Był tak chudy, że jeansy, które normalnie są obcisłe, na nim dosłownie wisiały. Biała podkoszulka była poplamiona i dziurawa. Mieszkał w jakiejś ruderze, ale ćpanie mu wystarczało.
Był jednak stałym klientem i zawsze miał pieniądze, więc nie narzekałem. Nawet nie wiem jak je zdobywał, bo na pewno nie  w normalnej pracy. Czasami, kiedy był na głodzie bawiłem się nim i przedłużałem czas, w którym dam mu towar,  a on prawie płakał. Sam wszedł w te gówno, więc jest sobie winien.
-Nie zaćpaj się- powiedziałem tylko i wsiadłem do mojego czarnego porsche.
Carlos kiwnął głową i odszedł pospiesznie, żeby tylko w jakimś ciemnym rogu sobie władować.
Tak, jestem dilerem, ale nie biorę heroiny, bo nie chcę wpakować się w takie gówno, w jakie oni wpadli. Codziennie widzę ludzi takich jak Carlos i dziękuję Bogu, że mi wystarczają inne używki. Kiedy zaczynałem jako diler, często miewałem koszmary z nimi w roli głównej. Skóra i kości, a do tego ten pusty wyraz twarzy. Otępiali po władowaniu i zdesperowani na głodzie. Nie jestem głupi i wiem, że Carlos jeszcze trochę pociągnie i wystarczy większa dawka, a będzie po nim. Złoty strzał. Śmierć jest jedynym wybawieniem, bo takie życie nie ma sensu.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce i odpaliłem papierosa. Zaciągnąłem się mocno mając jeszcze przed oczami podniecenie w oczach Carlosa na widok heroiny. Zdążyłem przyzwyczaić się już do tego widoku, ale i tak przerażające jest to, co się z nimi dzieje.
Do domu miałem 5 minut, więc zdążyłem spalić papierosa i zaparkowałem pod moim blokiem. Wysiadłem z samochodu i minąłem kilku 15-16latków paradujących z papierosami w ustach. Na mój widok rozmowy ucichły, a  ja w duchu cieszyłem się, że budzę respekt wśród „blokowego” towarzystwa.
Windą wjechałem na 5 piętro i przekręciłem kluczyk w zamku, żeby dostać się do mieszkania.  -Ryan, otwórz okno!- krzyknąłem, kiedy zdejmowałem kurtkę w przedpokoju.
Wszędzie było pełno dymu, najwyraźniej mój przyjaciel próbował coś ugotować. Wszedłem do salonu i ujrzałem bruneta leżącego na kanapie. Ryan oglądał mecz Chicago Bulls, z papierosem między palcami prawej dłoni. Na stole poniewierały się puszki po piwie, talerze i jakieś opakowania.
-Ktoś tu był?- zapytałem.
-Jack wpadł na piwo- powiedział i wzruszył ramionami nie odwracając się nawet, by na mnie spojrzeć.
Poszedłem do kuchni i złapałem się za głowę. Jeszcze większy syf niż w salonie. Na blacie rozlana była jakaś masa, łyżki i talerze były wszędzie, a w zlewie leżała przypalona ścierka i patelnia. Tego już było za wiele. Nie było mnie 2 godziny.
-Kurwa, Ryan, co Ty zrobiłeś!?- wydarłem się na niego wchodząc z powrotem do pokoju.
-Próbowaliśmy robić naleśniki- powiedział i zaczął się chichrać jak jakiś idiota.
Moja cierpliwość się skończyła.
-Zapierdalaj to posprzątać! Nie po to płacę za wynajem,  żebyś Ty zrobił z mieszkania jakiś chlew.
Ryan wstał z kanapy i zgasił niedopałka w popielniczce wyraźnie sfrustrowany moim wybuchem.
-Weź wyluzuj, stary- powiedział, a ja poznałem po jego oczach, że jest naćpany.
Ryan miał w zwyczaju, że mógł nachlać, albo naćpać się do nieprzytomności, co mu się często zdarzało. Sam czasem zapaliłem jointa, ale jemu to nie wystarcza. Przesadza. Traktuję go jak brata, dlatego pilnuję go jak tylko mogę. Tym razem nie wytrzymałem i wymierzyłem mu potężny cios w szczękę. Zatoczył się, a ja przycisnąłem go mocno do ściany. Nie miał siły by się obronić, więc z łatwością przytrzymywałem go tylko lewą dłonią. Widziałem po jego oczach, że ma ochotę  mi oddać, ale jest zbyt słaby.
-A to za co?- zapytał.
Posłałem mu jedno z najbardziej nienawistnych i pogardliwych spojrzeń i wypuściłem go  z mojego uścisku. Kumpel pocierał szczękę dłonią, kiedy ja zdenerwowany odpaliłem kolejnego papierosa.
-Jak złapią Cię naćpanego to i mnie z łatwością przyskrzynią, a jestem w większym bagnie niż Ty.
-Odpierdol się. Będę robił co chcę, nie pouczaj mnie, Bieber- powiedział zaciskając pięści.
-Jak Ci się nie podoba, zawsze możesz się wyprowadzić.
Ryan nic nie odpowiedział, tylko patrzył na mnie morderczym wzrokiem. Mógł sobie gadać co chciał, ale i tak nie miał się gdzie podziać. Tak samo jak ja uciekł z domu w pogoni za marzeniami, a jesteśmy tam, gdzie jesteśmy.
Wszedłem pod prysznic, a gorąca woda rozluźniała moje napięte mięśnie. Nic mi się nie chciało, najchętniej poszedłbym spać, ale nie mogłem tego zrobić ze świadomością, że Ryan leży naćpany.
Przebrałem się  w świeże ciuchy i wybrałem numer do Jennifer. Odebrała po trzecim sygnale.
-Halo?- zapytała.
-Przyjedź- powiedziałem prawą ręką przykładając telefon do ucha, a lewą układając włosy.
-Zaraz będę.
Po 15 minutach, w ciągu których ogarnąłem wystarczająco kuchnię, bo mój przyjaciel chichotał do wyłączonego telewizora, Jennifer zapukała do drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem, że zdyszana stoi w progu drzwi. Rude włosy upięła w kok, a na sobie miała rozciągniętą bluzę i czarne jeansy.
-Biegłaś po schodach?- zapytałem unosząc jedną brew do góry.
-Winda jest dla mnie zbyt wolna. Co zrobił?
Wpuściłem ją do środka, zamknąłem drzwi i oparłem się o ścianę.
-Posłuchaj Jen, nie jestem jego niańką. Jeżeli dalej będzie się tak zachowywał, to po prostu wyrzucę go z domu. Jakby złapali go zaćpanego, od razu doszli by do mnie, a ja miałbym gorzej przesrane niż on, uwierz mi.
Wyminęła mnie i poszła do salonu. Ubrałem kurtkę i wyszedłem słysząc jeszcze jak na  niego krzyczy. Wiele razy widziałem jej załamaną, bezradną i zapłakaną twarz, dlatego zawsze wychodzę. Tchórz ze mnie, ale nie mogę patrzeć jak Ryan niszczy życie sobie i jej. Są parą od roku, a Jennifer za bardzo go kocha by się rozstać. Boi się rozłąki, dlatego nie każe mu iść na odwyk. Wiele razy powtarzałem mu, żeby skończył, spasował, nic to jednak nie dawało.
To ja zabrałem go  z Kanady i to siebie obwiniam za to, jaki się stał. Mogłem na początku kazać mu przestać, ale nie zrobiłem tego. Myślałem, że to tylko zabawa. Ryan bierze heroinę od pół roku. Kiedy jest na głodzie, błaga mnie, żeby coś mu dał. Nigdy tego nie zrobiłem. Sam jednak wie jak zdobyć potrzebny mu towar.
Szedłem ulicą, kiedy poczułem wibracje w kieszeni. Wyjąłem mojego iPhone'a i zobaczyłem, że dzwoni Jason.
-Co jest?- zapytałem kopiąc leżącą na chodniku puszkę.
-Cześć, Justin. Za 15 minut zaczyna się trening. Grasz z nami?
-Niech będzie. Zaraz przyjadę- powiedziałem i rozłączyłem się.
Skręciłem w moją ulicę, mijając po drodze ludzi, którzy zobaczywszy mój wyraz twarzy schodzili mi z drogi.
Wsiadłem do porsche i odpaliłem papierosa. Z tylnego siedzenia samochodu wyciągnąłem torbę, a z niej wyciągnąłem koszulkę i spodenki do kosza. Przebrałem się i jechałem w stronę boiska.
Zdecydowanym krokiem wszedłem na tartan i kątem oka zobaczyłem, że ławki są prawie puste. Było kila dziewczyn, ale nie dostrzegłem tam Victorii. Może to i dobrze.
-Siema- powiedziałem do chłopaków i po rozgrzewce zaczęliśmy grać.
Chciałem dać z siebie wszystko, wyluzować się trochę. Wiedziałem, że kiedy skończymy mecz, będę musiał wrócić do mojej chorej codzienności, ale starałem się o tym nie myśleć.
Graliśmy już godzinę i byłem na maxa zmęczony i sfrustrowany, bo tego dnia nie szło mi najlepiej. Jason ogłosił koniec meczu i zmęczony powlokłem się na ławkę. Zdziwiłem się, że jeszcze nie usłyszałem piskliwego głosu gratulującego kumplowi, jakby co najmniej wygrał jakąś wojnę. Spojrzałem w stronę Jasona i dostrzegłem, że stoi sam. Podszedłem do niego zdziwiony.
-Gdzie Twoja dziewczyna?- zapytałem biorąc łyk wody.
-W domu- powiedział głosem wypranym z emocji.
Nie jestem dobry w pocieszaniu ludzi ani nawet słuchaniu, także wolałem nie zagłębiać się w jego świat. Po chwili sam się odezwał.
-Justin, mam do Ciebie sprawę.
Pokazałem mu ręką, żeby  kontynuował. Drapał się nerwowo po karku, więc coś musiało być na rzeczy.Odpaliłem papierosa.
-Nie jest tajemnicą co robisz, a ja potrzebuję towaru.
Aż zakrztusiłem się dymem papierosowym. Jason Black, grzeczny chłopiec.Chce narkotyki. Nie mogłem  w to uwierzyć.
-Co? Ty?!
-Nie ja, mój kumpel. Za tydzień jest impreza, a on chce dostać jakiegoś kopa.
Nie uwierzyłem mu z tym kumplem. Jakby naprawdę tak było, ten "kumpel" sam by do mnie przyszedł w tej sprawie. Szanuje Jasona, dlatego skłamałem.
-Nie mam już niczego.
Jason zrobił zawiedziona minę, ale gdyby zobaczył moich klientów....
-Co to za impreza?- zapytałem ciekawy.
-To urodziny Victorii. Cyba nie jesteś zdziwiony, dlaczego nie masz zaproszenia.
-Nie rozumiem.
-Nie wiem co jej zrobiłeś, ale ona cię nienawidzi. Wczoraj całą drogę tak Cię wyzywała, że aż sam byłem zdziwiony jej słownictwem. Musiałeś ją nieźle wkurzyć.
Nie wiedziałem, że jest taka. Co prawda wczoraj była trochę pyskata, ale im bardziej zadziorna, tym fajniejsza.
-Powiesz mi, gdzie ta impreza?- zapytałem wiedząc już, że i tak się na niej pojawię. Z zaproszeniem, czy bez.


__________________________________________________________
Wiem, że trochę czasu minęło od ostatniego rozdziału, ale zrozumcie mnie. Nie miałam po prostu czasu. Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące opowiadania zadawajcie je tutaj: ASK.
A, no i jeszcze jedno. Mam do was ogromną prośbę. Czytasz- zostawiaj komentarz. To dla mnie ważne.