piątek, 18 kwietnia 2014

11

Zmywając naczynia w kuchni, nuciłam piosenkę Justina. Od pewnego czasu krążyła  moich myślach. Przypominała mi, że zaznałam aż za dużo szczęścia. To śmieszne, że w tym momencie ktoś umiera, płacze,  a ja sobie śpiewam. Wsłuchiwałam się w swój głos, kiedy do mojego mieszkania weszła Megan. Może zapomniałam zamknąć drzwi? Nie zdawałam sobie  z tego sprawy.
Trzymając w ręce talerz pełen piany, przywitałam ją uśmiechem, lecz po chwili zrzedła mi mina. Przyjaciółka była cała roztrzęsiona. Oczy miała rozbiegane, ale doszukałam się w nich pełno współczucia. To spojrzenie o czymś mi przypominało. Takim spojrzeniem obdarowywano mnie, gdy zmarła mama.
-Victoria, Justin…
Nie dokończyła zdania, bo z moich dłoni wypadł talerz tłukąc się na podłodze. Nawet nie spojrzałam w dół, chociaż czułam, że odłamki szkła boleśnie wbijają mi się w stopy.
-Co mu jest!?- zapytałam podniesionym o oktawę wyżej głosem.
Stałam cały czas w bezruchu, tylko moje oczy wpatrywały się w Megan, doszukując się w nich zapewnień, że nic mu się nie stało. Chwila do momentu, w którym dziewczyna mi odpowiedziała zdawała się trwać wiecznie.
-Justin jest w szpitalu.
Wiedziałam, że stara się to przekazać najdelikatniej jak potrafi, ale i tak przeszył mnie niewyobrażalny ból. Miałam ochotę położyć się na podłodze wśród szkła, objąć się ramionami i nigdy nie wstać. Czułam się tak, jakby ktoś zabrał mi płuca i serce. Oddychałam spazmatycznie, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.
-Victoria, musimy jechać- powiedziała podchodząc do mnie powoli.
Połowa mojego ciała rwała się do tego, żeby jak najszybciej znaleźć się przy Justinie, sprawdzić co mu jest i przy nim czuwać. Natomiast druga strona mnie, chciała zamknąć się w swoim pokoju wmawiając sobie, że to wszystko nieprawda.
Nawet nie wiem kiedy znalazłam się w samochodzie. Z zawrotną prędkością mknęłyśmy ulicami Nowego Jorku. Megan cały czas coś do mnie mówiła, nic jednak do mnie nie docierało. Wpatrywałam się w przednią szybę niewidzącym spojrzeniem, a w głowie nadal pobrzmiewała mi piosenka Justina.
-Vic, chodź- powiedziała przyjaciółka, a widok szpitala podziałał na mnie jak sole trzeźwiące.
Otępienie zepchnęłam na bok, lecz bolesna pustka nadal ze mną pozostała. Ruszyłam szybkim krokiem, a raczej pobiegłam do szpitala. Megan  nagle się rozpłynęła, ale to nie było dla mnie ważne.
Weszłam do środka i w recepcji zapytałam, gdzie jest mój chłopak. 4 proste słowa zabolały jak ostrza żyletek. „Gdzie leży Justin Bieber?”. Czułam się tak, jakbym odwiedzała go w kostnicy, nie w szpitalu. Biegłam przez korytarze trącając ludzi, lub gubiąc się po drodze. Czułam, że łzy napływają mi do oczu. Przetarłam pojedyncze krople spływające mi po policzku, wierzchem dłoni. Nie chciałam by ktokolwiek oprócz mnie, wiedział jak cierpię.
W końcu odnalazłam odpowiednią salę. Weszłam do środka, a wtedy nie mogłam się powstrzymać. Cichy płacz przerodził szloch, który odbijał się echem od ścian.
Justin leżał nieprzytomny na łóżku, a do niego podłączona była aparatura sprawdzająca puls. Miarowe pikanie na chwilę mnie uspokoiło, ale tylko na chwilę. Stałam nad szpitalnym łóżkiem cała się trzęsąc, by po chwili usiąść na jego skraju. Przytuliłam jego lewą dłoń do mojego policzka szlochając, a wtedy przed oczami stanęły mi obrazy z okresu naszej znajomości.
Przerażające spojrzenie Justina ratującego mnie z opresji, ja wtulona w jego ramiona, cichy szept naszych poruszających się synchronicznie warg podczas pocałunków, Justin śpiewający piosenkę, jego śmiech w restauracji, stres w jego oczach, kiedy wyznawał mi miłość, karmelowe tęczówki, w których się zakochałam. Wszystkie obrazy zakończył widok mojego ukochanego w szpitalu.
Nagle jego puls przyspieszył, a on powoli otworzył oczy. Spod jego na wpół przymkniętych powiek dostrzegłam ulgę.
-Justin!- krzyknęłam, a on ścisnął mi dłoń.
Aparatura szalała, kiedy  wsparty na łokciach próbował się podnieść. W końcu się poddał i charcząc głośno, wypowiedział jedno słowo słabym głosem.
-Przepraszam.
Wtedy moich uszu dobiegł tylko jeden ciągły sygnał, oznaczający, że jego serce przestało bić.

Obudziłam się z okrzykiem przerażenia. Cała drżałam i kołysałam się w przód i w tył dla uspokojenia. Zacisnęłam powieki i powtarzałam sobie cicho:
-To był tylko sen.
Rozejrzałam się dookoła i zdałam sobie sprawę, że jest środek nocy. Za oknem słyszałam przejeżdżające samochody, świst wiatru i krople deszczu uderzające o szybę. Mimo to, nie mogłam się uspokoić. Kiedy tylko próbowałam doprowadzić do porządku swój oddech, przypominały mi się sceny z mojego koszmaru.
Nie mogłam znieść myśli, że tak przecież też może się zdarzyć. Że kolejny raz stracę osobę, którą kocham. Przygryzłam dolną wargę, a do moich oczu napłynęły łzy. Pociągałam nosem, a nieme łkanie na powrót zrodziło się w przerażające szlochanie. Zanosiłam się płaczem, dławiłam łzami i nic nie mogłam na to poradzić. Chyba zawsze będę skazana na niepowodzenie. Żeby nie obudzić śpiącego za ścianą taty, płakałam w poduszkę. Przez kilka minut próbowałam się uspokoić, ale bezskutecznie. Wiedziałam, że bez zapewnień, że Justin jest bezpieczny, nie zasnę.
Zapaliłam lampkę nocną i drżącymi rękami zabrałam iPhone’a z szafki obok łóżka. Zegarek pokazywał 2:30 więc nie spodziewałam się, że Justin odbierze. Przygryzając paznokcie liczyłam sygnały. Po trzecim, usłyszałam melodyjny i ani trochę zaspany głos ukochanego. Nawet się nie zastanawiałam dlaczego o tej porze nie śpi, chociaż w tle słychać było klaksony samochodów i podmuchy wiatru.
-Halo?- zapytał.
Kiedy moich uszu dobiegł tak dobrze znany mi kojący głos, na powrót stałam się kupą nieszczęścia. Szlochałam do telefonu nie wiedząc, czy ze szczęścia, czy po prostu dalej jestem pod wpływem przerażającego snu.
-Victoria, co się stało!?- zapytał przerażony.
Próbowałam mu odpowiedzieć, ale każda próba złożenia w całość kilku słów kończyła się fiaskiem.
-Justin…
Nie mogłam dokończyć zdania, bo płacz wszystko niszczył. Wiedziałam, że tak szybko się nie uspokoję.
-Kochanie, co się stało?- zapytał coraz bardziej zdenerwowany. Usłyszałam, że otwiera drzwi do samochodu, czyli zamierzał do mnie przyjechać. Właśnie to miało mi pomóc.
-Przyjedź- powiedziałam i bez słowa więcej, rozłączyłam się.
Byłam pewna, że w tej chwili Justin odpalając papierosa, jedzie by sprawdzić co mi jest. Nie obchodziło mnie to, że jestem cała spuchnięta od płaczu, przemoczona od łez, bez makijażu i w rozsypce. Gdy tylko go zobaczę, cały mój świat na powrót będzie miał sens.
Po śmierci mamy, przez kilka miesięcy budziłam się z płaczem, więc taka reakcja w ogóle mnie nie zdziwiła. Nie potrafiłam poradzić sobie z pustką we mnie samej. Dopiero kilka tygodni przed poznaniem Justina, mogłam spokojnie spać. Zawsze śniła mi się scena, gdy informowano mnie o jej śmierci. Nie chciałam kiedykolwiek na powrót usłyszeć z czyichś ust, że najważniejsza osoba zostawiła Cię na zawsze.
Czekając na Justina, próbowałam wyrównać swój oddech. Kiedy tylko mi się udawało, po chwili znowu wracałam do poprzedniego stanu. Zostawiłam zapaloną lampkę nocną jak małe dziecko po złym śnie i z telefonem w ręku, zakryłam się kołdrą.
Straciłam poczucie czasu, więc po kilku minutach, a może po kilku godzinach usłyszałam, jak coś drapie w szybę. Natychmiast znieruchomiałam, a nawet przestałam oddychać, nasłuchując. Wmawiałam sobie, że to gałąź zaczepiła o okno, co było niemożliwe, bo w pobliżu mojego bloku nie było żadnych drzew. Kiedy drapanie nie ustąpiło, tylko nabrało na sile, usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Odebrałam natychmiast, żeby tajemnicze Coś za oknem nie zorientowało się, że jestem pod kołdrą.
-Justin, coś jest na balkonie. Gdzie Ty jesteś? Ja zaraz dostanę zawału- pożaliłam się mojemu chłopakowi.
Usłyszałam, że głośno wypuszcza powietrze z ust i zirytowany odpowiedział:
-To ja. Możesz wstać i otworzyć mi okno? Nie chcę narzekać, ale pada deszcz, jest mi zimno, a Ty się chowasz.
Poczułam, że na moją twarz wstępują jak zwykle nieodłączne rumieńce. Wygramoliłam się spod kołdry i dumnym krokiem podeszłam do okna. Gdy tylko je otworzyłam, do mojego pokoju wleciało chłodne powietrze przyprawiające mnie o gęsią skórkę.
Justin wszedł do środka, a z jego czarnej kurtki kapała woda. Przytulił mnie mocno do siebie, i nie zważając na nic, po prostu płakałam mu w i tak mokrą już koszulkę. Staliśmy tak kilka minut. Żadne z nas się nie odezwało, ja płakałam a Justin gładził mnie ręką po plecach. Kiedy trochę się uspokoiłam, wspięłam się na palcach i pocałowałam go w usta tak namiętnie, że sama siebie nie poznawałam. Justin był trochę zaskoczony, ale nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Zarzuciłam mu ręce na szyję i nogi na biodra, a on podnosząc mnie, przeniósł na łóżko. Całując, dotykałam go po klatce piersiowej, barkach, muskałam ustami jego skroń, policzki, szyję. Wszystko po to, żeby mieć pewność, że nic mu nie jest, jest tu ze mną cały i zdrowy. Justin znalazł się nade mną i odrywając się od moich ust, zaczął kąsać mnie po żuchwie, szyi. W końcu odsunęłam się od niego, a Justin opadł obok mnie. Oboje oddychaliśmy nierówno, jak po przebiegnięciu maratonu, ale to było przyjemne zmęczenie.
-Skoro fundujesz mi takie powitanie, powinienem częściej zakradać się do Ciebie w nocy-szepnął mi do ucha, by po chwili je przygryźć.
Zadrżałam, a jego dłonie przecierały drogę po mojej koszulce.
-Justin, mój tata śpi- powiedziałam.
-Będziemy cicho- szepnął muskając ustami zarys mojej szczęki.
Przeniosłam się do pozycji siedzącej, a on westchnął.
-Przez Ciebie całe moje łóżko jest mokre- powiedziałam stanowczo.
Justin wstał i ściągnął kurtkę. Rzucił ją na fotel i patrzył co rusz to na mnie, to na jego mokrą koszulkę.
-Chyba będziesz musiał się tego pozbyć- rzuciłam zaczerwieniona.
Justin uśmiechnął się zawadiacko i rzucił koszulkę w kąt. Marne światło lampki nocnej nie ukazywało jego  mięśni w pełnej krasie. Byłam ciekawa ile czasu zajęło mu wyrobienie takiej muskulatury.
Chłopak usiadł znowu obok mnie i potrącił mnie nosem.
-Teraz mi powiedz, co się stało.
-Miałam zły sen- powiedziałam cicho szykując się na kolejną falę płaczu, która ku mojemu zaskoczeniu nie nastąpiła.
-Chcesz  mi go opowiedzieć?- zapytał.
-Może jutro.
Położyłam się na łóżku, a Justin obok mnie. Leżeliśmy przytuleni wsłuchując się w nasze oddechy. Po kilku minutach zabrałam głos.
-Co robiłeś o tej porze na mieście?
Przez kilka sekund w ogóle się nie odzywał. Wypuścił głośno powietrze z ust i wplątując sobie kosmyk moich blond włosów w palce, wpatrywał się we mnie dziwnie. W jego oczach dostrzegłam podejmowaną decyzję, niepewność, ale też nieskrywane uczucie.
-Nie mogłem spać, więc postanowiłem się przewietrzyć. Ryan chrapał tak głośno, że nie dało się wytrzymać- powiedział miękkim barytonem.
Zachichotałam cicho, a on dalej się we mnie wpatrywał. Czułam, że jestem już czerwona jak burak. Byłam jak otwarta księga, wszystko można było wyczytać z mojej twarzy.
-Victoria?- zapytał.
-Justin- powiedziałam ziewając cicho.
Byłam już zmęczona. Nie wiem która była godzina, ale pewnie za chwilę miało wstać słońce.
Prawą dłonią zmierzwiłam jego wilgotne włosy. Zawsze były perfekcyjnie ułożone i takie miękkie.
-Bardzo jesteś zmęczona?- zapytał cicho.
-Nie za bardzo- skłamałam, co udowodniło moje głośne ziewnięcie.
Oczy dosłownie same mi się zamykały, ale nie chciałam, żeby Justin mnie opuszczał.
-Kocham Cię- usłyszałam z jego ust.
-Tak samo jak ja Ciebie.
-Czym sobie zasłużyłem na takie szczęście?- zapytał sam siebie.
-To ja mam go aż za dużo- rzuciłam i po raz kolejny ziewnęłam leniwie.
Mój ukochany jeszcze coś powiedział, ale moje powieki opadły i zapadłam w sen, tym razem już bez koszmarów.

-Victoria, wstałaś już?- usłyszałam za drzwiami.
Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam porozwalane ubrania Justina, a jego obok mnie. Natychmiast w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. A co,  jeśli tata tu wejdzie? Co sobie pomyśli? Na bank będę uziemiona do końca życia.
-Tak, wstałam- krzyknęłam, a chłopak obok mnie niespokojnie się poruszył.
Spanikowana, wstałam szybko i szturchnęłam go w ramię. Przekręcił się na bok, mamrocząc coś niezrozumiałego.
-Justin, wstawaj- pisnęłam.
Za chwilę mój tata wejdzie do mojego pokoju, jak zwykle rano. I co ja miałam teraz zrobić?
Justin nie zareagował, więc szturchając go co rusz wymawiałam jego imię coraz bardziej zirytowana.
-Człowieku, rusz się. Mój tata już tu idzie- powiedziałam, kiedy w końcu otworzył oczy.
Nawet zaspany wyglądał nieziemsko.
-Co!?- krzyknął od razu wstając.
-Cicho bądź. Zmywaj się- pisnęłam.
Usłyszałam kroki w stronę mojego pokoju.
-Jak niby mam wyjść?- zapytał.
W mojej głowie odtworzyła się jakaś scena z tandetnej komedii romantycznej, którą kiedyś oglądałam. Justin nie mógł teraz wyjść przez okno, a co miałam z nim zrobić?
-Właź do szafy- powiedziałam zbierając jego ubrania leżące na fotelu i podłodze.
Chłopak stanął i spojrzał na mnie marszcząc brwi.
-Żartujesz, prawda?- zapytał.
Popchnęłam go pod ścianę i otwierając szafę, wepchnęłam do środka i włożyłam tam jego kurtkę i koszulkę. Stał zszokowany, prawdopodobnie pierwszy raz ukrywając się w szafie.
-Kocham Cię, bądź grzeczny- rzuciłam i cmoknęłam go w usta.
W ostatniej chwili zamykając drzwiczki, bo do mojego pokoju bezceremonialnie wszedł mój tata. Nigdy nie potrafi zapukać, chociaż mam już 17 lat. Ubrany w mundur, zapewne za chwilę wychodził do pacy.
-Masz jakieś plany na dzisiaj?- zapytał.
Podrapałam się po głowie, próbując wymyślić coś sensownego.
-Mam dzisiaj dużo nauki. Pewnie Megan do mnie przyjedzie.
-W porządku. Idę do pracy, do zobaczenia- rzucił i zamknął drzwi.
Stałam i nasłuchiwałam aż dźwięk ciężkich butów strażaka zniknie na klatce schodowej. Kiedy usłyszałam, że zamyka drzwi wejściowe na klucz, odetchnęłam z ulga. Od razu podeszłam do nieszczęsnej szafy i powitał mnie widok poirytowanego Justina.
-Nie wierzę, że chowałem się w szafie- powiedział nakładając na siebie szarą koszulkę.
-Zawsze musi być ten pierwszy raz- rzuciłam,  z uśmiechem wzruszając ramionami.
Justin założył buty i odpalił papierosa. Nie rozumiałam dlaczego był taki zdenerwowany. Trochę mnie to przerażało. Tak długo było między nami dobrze, pierwsza kłótnia musiała nastąpić.
-Dlaczego jesteś zły?- zapytałam siadając obok niego.
-Jesteśmy razem trzy tygodnie, a ja muszę ukrywać swoją obecność przed Twoim tatą. Nie uważasz, że powinnaś go poinformować, że taki ktoś jak ja istnieje? Nie mamy 13 lat, Victoria, błagam- powiedział mocno się zaciągając.
-Powiem mu- szepnęłam.
-Kiedy?
-W najbliższym czasie- powiedziałam, bawiąc się koszulką.
-Dzisiaj wieczorem przyjadę do Ciebie na kolację, w czasie której przedstawisz  mnie swojemu tacie- powiedział tak, jakby wydawał rozkaz, ale dla mnie to była kara śmierci.
Mój tata niczego nie rozumie, ani nawet nie próbuje zrozumieć. Całe jego życie kręci się wokół straży pożarnej i  meczu baseballu.
-Wiesz w jakiej sytuacji mnie stawiasz?- wrzasnęłam.
-No w jakiej?- zapytał wypuszczając dym z płuc.
Nie odezwałam się słowem, tylko chodziłam w tę i z powrotem.
-Jeżeli traktujesz nasz związek poważnie, to nie będzie dla Ciebie problem- powiedział.
Największym problemem było wyjawienie to tacie. Nigdy jeszcze nie miałam chłopaka, nie wiedziałam jak się do tego zabrać, ale wiedziałam, że jeżeli sama tego nie zrobię, Justin mnie wyręczy.
-Czekam na Ciebie o 18. Tylko wejdź drzwiami, nie oknem. 

piątek, 4 kwietnia 2014

10.

*Justin*
-Jak Ci się układa z Victorią?- zapytała Jennifer siedząc na fotelu w moim pokoju.
Chciałem z nią porozmawiać, bo jest dziewczyną i mi doradzi, nie to co Ryan. Jego teksty w stylu „Jest już Twoja, stary” raczej nie podnoszą mnie na duchu, a na pewno niczego nie doradzają.
-Nie wiem, chyba dobrze. Sama to oceń- powiedziałem odkładając gitarę i drapiąc się po karku.
-No to opowiadaj, jak to rozegrałeś?
-Na początku nawet nie miałem zamiaru akurat wtedy ją o to poprosić, ale gdy zaczęła się rozklejać, że boi się, że będzie przeze mnie płakać, postanowiłem jej pokazać, że tak nie będzie i zaśpiewałem jej moją piosenkę, a później samo jakoś wyszło- powiedziałem wzruszając ramionami.
-No nieźle, Justin. Takiego Cię nie znałam, wow- powiedziała poprawiając flanelową koszulę.
Czasem tak bardzo mnie irytowała, na przykład teraz, ale Jennifer była dla mnie jak siostra. Taka bardziej doświadczona siostra. Dziwne jest to, że taka inteligentna, zabawna dziewczyna jest właśnie z Ryanem. On sam mógłby ubiegać się o tytuł błazna roku, ale nie mnie to oceniać. Skoro się kochają…
-Przestań robić ze mnie mięczaka- powiedziałem z grymasem.
Dziewczyna zachichotała, a kosmyk rudych włosów opadł jej na oczy, ale szybko założyła go za ucho.
-Nie robię z Ciebie mięczaka. Jesteś jak typowy facet. W byciu romantycznym nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, Justin. Jestem z Ciebie dumna, stanąłeś na wysokości zadania.
Poczułem się dziwnie. Jakbym uratował świat, a nie uzyskał zgodę Victorii na bycie parą.
-Um, dzięki- powiedziałem mierzwiąc potargane włosy lewą dłonią.
-A czy ona wie czym się zajmujesz?- zapytała niepewnie Jennifer.
-Nie, nie wie. Boję się jej to powiedzieć. Boję się jej reakcji. Poza tym chcę ją chronić przed wszystkim co złe, i chyba powinienem ją chronić też przed tym- powiedziałem.
Czułem się odpowiedzialny za Victorię. Wziąłem sobie za cel chronienie jej. Byłem jak jakiś ochroniarz. Albo nie, jak mogłem być ochroniarzem, skoro ona jest Księżniczką? Ja jestem..Rycerzem? Nie, nie pasuję do tego. Rycerze są dobrzy, a ja taki nie jestem.
-Skoro chcesz ją chronić, powinieneś ją chronić także przed samym sobą, zdajesz sobie z tego sprawę?- zapytała pochylając się do przodu.
-Wiem.
-Najlepiej by było, gdybyś jej o wszystkim powiedział. Związek opiera się na zaufaniu i szczerości, a Ty ją okłamujesz- powiedziała.
Dłonie same zacisnęły mi się w pięści ze złości, chociaż doskonale o tym wszystkim wiedziałem. Byłem kretynem, jeśli myślałem, że wszystko będzie dobrze.
-Powiem jej, że jestem dilerem. Wyobraź sobie jej minę? Co odpowie? Na pewno nie, że wszystko jest w porządku i to niczego nie zmienia, bo zmienia wszystko.
-Więc Twoim zdaniem lepiej jest to przed nią ukrywać? I tak się dowie!- niemalże krzyknęła.
-Tak, wiem- powiedziałem i ukryłem twarz w dłoniach.
Wiedziałem, że to głupie ukrywać tak istotną rzecz przed swoją dziewczyną. Ale co jeśli jej powiem, a ona ucieknie z płaczem? Co zrobię? Pobiegnę za nią? Nie daruję sobie tego. Co miałbym jej powiedzieć? „Cześć, Kochanie, słuchaj, jestem dilerem narkotyków. Ale wszystko jest okej, nie martw się”. Dla mnie to normalne, ale dla niej? Jest taka krucha. Pewnie nawet nie wie o istnieniu takich profesji jak moja.
-Powiedz jej to jak najszybciej- rzekła Jennifer.
-Tak? No to powiedz mi, co mam powiedzieć. Przecież Ty wiesz wszystko najlepiej- powiedziałem zaciskając dłonie w pięści.
Nie wiem dlaczego, ale aż mnie nosiło, żeby coś uderzyć. Nie radziłem sobie z moją bezradnością. W takich właśnie chwilach plułem sobie w brodę, że nie mogę być zwykłym 19latkiem.
-Spokojnie, Justin. Nie musisz się na mnie wyżywać- powiedziała marszcząc czoło i rozsiadając się głębiej na moim fotelu.
-Przepraszam, Jen. Ponosi mnie- burknąłem pod nosem.
Nie byłem przyzwyczajony do mówienia o swoich uczuciach.
-Nie ma sprawy, też byłabym zdenerwowana. No a co do tego, co masz powiedzieć. Może jej to delikatnie przekażesz. Ale delikatnie, nie z prosto z mostu.
-Nigdy- powiedziałem kręcąc głową.
-Lepsze to, niż żeby Cię gdzieś zobaczyła w sytuacji takiej, a nie innej. Dobrze o tym wiesz.
Jezu, jak mnie denerwowało to, że ktoś wie lepiej co mam zrobić. Jak ktoś jest lepszy. Moje męskie ego jest beznadziejne.
-Masz racje. Powiem jej w najbliższym czasie.
-Kochasz ją?- zapytała patrząc mi prosto w oczy, mimo, że dzieliła nas spora odległość.
Aż mnie zamurowało. Nigdy wcześniej nie zadałem sobie takiego pytania. Czy kocham Victorię? Jasne, jest dla mnie ważna, najważniejsza. Nie wiem jak teraz wyglądałby mój plan dnia bez wstawienia tam dwóch prostych słów „moja dziewczyna”.
Jest centrum mojego wszechświata. Wstaje z nadzieją, że ją zobaczę. Czy to już miłość? Sam musiałem sobie na to odpowiedzieć, ale odpowiedź była tak banalnie prosta, że dziwne było, że się nad nią zastanawiałem.
-Kocham ją- wyrzuciłem z siebie.
Dziwnie to usłyszeć z moich ust.
Jennifer uśmiechnęła się szeroko, wstała powoli z fotela i dodała:
-Czyli wszystko będzie okej. Ale nie spieprz tego, Bieber- i wyszła.
Zostałem sam z mega poczuciem winy, że ukrywam mój fach przed Victorią i rozkosznym uczuciem w brzuchu, bo w końcu powiedziałem to na głos. Victorio Anne Collins, kocham Cię.

*Victoria*
-Dlaczego dowiaduję się dopiero teraz?- zapytała Megan piątkowego popołudnia, wchodząc do mojego pokoju.
Leżałam na moim łóżku ze słuchawkami w uszach, kiedy nagle czerwona ze wściekłości wpadła mi do pokoju. Nie wiedziałam co jest grane.
-O co chodzi?- zapytałam marszcząc czoło.
-Nie udawaj. Jesteś z Bieberem. Jak mogłaś mi nie powiedzieć od razu, tylko dowiaduję się trzy dni później i to nawet nie od mojej przyjaciółki- powiedziała przechylając głowę i krzyżując ręce.
Czułam, że przyłapana na gorącym uczynku robię się czerwona jak burak. Ugh, jak ja nienawidzę siebie za zbyt częste rumienienie się.
-Um, Meg, no bo to tak szybko. Poza tym, Ty go nawet nie lubisz. Wiedziałam, że nie będziesz pochwalać mojej decyzji, być może będziesz zła, więc po co miałam Cię informować? Tylko byś się zdenerwowała- powiedziałam kołysząc się na łóżku.
Dziewczyna w końcu zrobiła niepewny krok w moją stronę i usiadła na skraju łóżka.
-Czyli w ogóle nie chciałaś mi powiedzieć?
-Chciałam, oczywiście, że tak. Szukałam odpowiedniej okazji. Jeżeli mnie kochasz, wybaczysz mi- powiedziałam wzruszając ramionami z przepraszającą miną.
Megan położyła się obok mnie, przewracając oczami, ale po chwili uśmiechnęła się szeroko. Wiedziałam, że nie będzie długo zła. Zaletą mojej przyjaciółki jest to, że ma miękkie serce. Szkoda tylko, że jest uparta jak osioł.
-A tak przy okazji. Dlaczego groziłaś mojemu chłopakowi?- zapytałam uśmiechając się mimowolnie na dźwięk „mój chłopak”.
Brunetka zaśmiała się, aż zatrzęsło się łóżko. Próbowałam zachować powagę, więc przygryzałam tylko wargę.
-Vic, teraz mam na niego mówić „Twój chłopak”? I wcale mu nie groziłam, powiedziałam tylko grzecznie, że ma uważać. Wiesz, że o Ciebie dbam- powiedziała zawijając na palec jeden z brązowych kosmyków włosów. Wyglądała jak rozmarzona postać z filmu młodzieżowego.
-Mów Justin, „Chłopak Victorii”, cokolwiek tylko nie Bieber, błagam. Nienawidzę jak nazywasz go po nazwisku. Liczyłam też, że się zaprzyjaźnicie, ale jak widać, to raczej niemożliwe.
Naprawdę chciałam, żeby wszyscy się dogadywali, bo nie lubiłam  żadnych spięć, ale jak widać, pragnęłam za dużo rzeczy naraz.
-Chyba nie da rady, Vic. A teraz opowiedz mi, jak to się stało!- pisnęła mi do ucha.
Usiadłam po turecku w tak zawrotnym tempie, że musiała minąć chwila, by przestało mi się kręcić w głowie. Odwróciłam się w stronę mojej przyjaciółki i zauważyłam, że ona również przybrała identyczną pozycję.
-Boże, to było takie urocze! Jak zaczęłam mieć wątpliwości, czy mnie skrzywdzi, czy nie, on powiedział, żebym niczego się nie bała i zaśpiewał mi piosenkę!- krzyknęłam.
Megan pisnęła i aż podskoczyła na łóżku z podekscytowania. Przez chwilę piszczałyśmy i śmiałyśmy się z naszych reakcji. Dobrze, że mojego taty nie było w domu, bo od tych pisków dostałby bólu głowy. 
-Serio? Jakie to romantyczne. Zgodziłaś się od razu?- zapytała.
-Nie, trzymałam go chwilę w niepewności, ale serce miałam takie miękkie. Czułam się tak, jakbym zamiast krwi miała miód.
Dziewczyna zaśmiała się z mojego porównania.
-Cieszysz się?- zapytała z uśmiechem.
-I to jak. Megan, pomyśl jak będzie wspaniale. Będziemy razem chodziły na treningi, możemy chodzić na podwójne randki, możemy się wszyscy spotykać. A Ty się nie cieszysz?- zapytałam na powrót kładąc się w poprzek łóżka.
-Cieszę się z Twojego szczęścia, przecież wiesz.
Przez kilka minut leżałyśmy tak swobodnie jak kiedyś. Czułam się jak za starych czasów. Megan myślała o czymś intensywnie wpatrując się w sufit, a ja rozmyślałam  nad tym, ile szczęścia i radości dał mi jeden chłopak. W moich żyłach dalej płynął miód, a w brzuchu tańczyły motyle. Teraz wiedziałam, dlaczego moi przyjaciele się tak do siebie odnosili i nie rozumiem, co mnie wtedy tak  w tym denerwowało. Może chodziło o to, że przecież nigdy wcześniej nie byłam w takim stanie.
-Kochasz go?- zapytała przyjaciółka przerywając moje rozmyślania.
Jakby na jakąś niewidzialną komendę motyle w moim brzuchu zaczęły wirować szybciej, a miód płynął żwawiej.
-Nie wiem- powiedziałam przygryzając dolną wargę.
-Powiedz mi co czujesz- zaproponowała, dalej wpatrując się w sufit.
-Czuję się szczęśliwa. Czuję, że teraz mogłabym przebiec maraton, przepłynąć ocean i zdobyć K2 ot tak sobie, bo mogę wszystko. Codziennie budzę się z uśmiechem, bo świat jest piękny. Motylki towarzyszą mi cały czas, a wszystko wokół jest takie kolorowe- powiedziałam wzdychając.
Nie kłamałam mówiąc to wszystko. To, co kiedyś wydawało mi się beznadziejnie niepotrzebne i szare, teraz jest centrum wszechświata. Mogłabym zatańczyć na środku ulicy, albo iść z billboardem, że jestem szczęśliwa. Niech każdy się dowie.
-Jesteś zakochana- powiedziała brunetka chichocząc.
-To dobrze czy źle?- zapytałam z niepewną miną.
Megan zachichotała i po chwili powiedziała:
-Jasne, że dobrze. W końcu znalazłaś swojego Księcia.
Opadłam na łóżko z dziwnym uczuciem. Jestem niezaprzeczalnie i nieodwołalnie zakochana w Justinie Bieberze. Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie się stało. Nie mogę uwierzyć, że ja, osoba mocno stąpająca po ziemi dała się uwieść jakiemuś amantowi i to z jaką siłą.
Usłyszałam jak z szafki koło łóżka wydobywa się melodia mojego dzwonka w iPhonie. Megan dopadła go jednym susem, kiedy ja podnosiłam się z pozycji leżącej. Wirowała na podłodze dopatrując się, kto dzwoni.
-Justin? Serio? Mogłabyś się postarać bardziej, Vic- powiedziała i odebrała telefon.
Na dźwięk słowa „Justin” zalała mnie przyjemna fala gorąca, która rozprzestrzeniła się po całym ciele, aż do koniuszków palców u stóp.
-Cześć, Justin. Właśnie o Tobie rozmawiałyśmy- powiedziała do telefonu i pokazała mi język, kiedy ja próbowałam odebrać jej telefon.
-Victoria? Nie ma jej, wyszła- powiedziała kręcąc piruety jak baletnica.
-Dawaj mi to!- krzyknęłam i odebrałam jej telefon.
Kiedy przyłożyłam sobie telefon do ucha, usłyszałam dźwięczny śmiech mojego chłopaka.
-Cześć- powiedziałam zdyszana i usiadłam na najdalej oddalonym od Megan kącie w pokoju.
-Cześć. I co? Fajnie się bawisz obgadując mnie?- zapytał.
Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tęskniłam za tym głosem.
-Wcale o Tobie nie rozmawiałyśmy- powiedziałam.
-Ha! Akurat!- krzyknęła Megan z końca pokoju, ale uciszyłam ją ruchem ręki.
Justin zaśmiał się ponownie, a ja nie odezwałam się słowem.
-Mógłbym wpaść, czy jesteś zajęta?- zapytał,  a ja usłyszałam z tonu jego głosu, że przygryza dolną wargę.
-Jasne, że możesz- powiedziałam trochę zbyt szybko, a on ponownie zachichotał, tym razem przez ułamek sekundy- tata jest w pracy, wróci pewnie późno, a Megan się właśnie zbiera do Jasona.
-I tak wiem, że kłamiesz. Będę za 15 minut, Księżniczko- rzucił i się rozłączył.
Wstałam z podłogi trochę za szybko, bo odrobinę zakręciło mi się w głowie.
-Dobrze, dobrze. Już idę- powiedziała przyjaciółka.

Po 15 ekspresowych minutach, w ciągu których przebrałam się w luźną bluzę i szorty, wyszorowałam zęby i uprzątnęłam pokój, zadzwonił dzwonek do drzwi. Justin był już u mnie dwa razy, ale za każdym razem tak samo się denerwowałam.
Otworzyłam, a o framugę opierał się młody bóg z zawadiackim uśmiechem. Miał na sobie czarne spodnie, luźno opuszczone w kroku i szarą koszulkę Chicago Bulls. Włosy miał w seksownym nieładzie, a karmelowe oczy błyszczały.
-Cześć- powiedział i pocałował mnie namiętnie.
W takich właśnie chwilach zapominam o całym świecie.  Obok nas mógłby wybuchnąć pożar, a ja bym go nawet nie zauważyła. Liczył się tylko słodkie smak jego pełnych warg i zapach wody kolońskiej, który tak uwielbiałam.
-Uwielbiam Cię witać- powiedziałam i wpuściłam go do mieszkania.
-A ja uwielbiam do Ciebie wracać- rzekł.
Przeszliśmy do mojego pokoju trzymając się za ręce. Droga trwała pół minuty, ale tak bardzo brakowało mi dotyku jego skóry, że musiałam.
Kiedy weszliśmy do środka, Justin rozsiadł się wygodnie na moim łóżku, a ja obok niego.
-Mówiłem Ci już, że Twój pokój wygląda jak miniaturowy zamek Księżniczki?
-To dlatego mnie tak nazywasz?
Justin przejechał lewą dłonią po swoich włosach i powiedział:
-Nie, po prostu jesteś moją Księżniczką. To proste- rzucił i puścił do mnie perskie oko, a na moją twarz wstąpił rumieniec.
-Jejku, dzięki. Zawsze wiedziałam, że powinnam grać w disnejowskim filmie.
Justin zaśmiał się cicho, ale nic nie powiedział.
-Zrobić Ci coś do picia?- zapytałam próbując naśladować dobrą gospodynię.
-Nie, dzięki. Nic nie chcę- powiedział przygryzając wargę.

Czas mijał i kiedy byłam zmęczona opowiadaniem mu wszystkiego co popadnie, leżeliśmy na łóżku w ciszy przerywanej naszymi oddechami. Nie przeszkadzało mi to, nie panowała między nami jedna z tych niezręcznych ciszy, kiedy to szukasz w głowie byle jakiego tematu do podtrzymania rozmowy. Napawaliśmy się naszą obecnością.
-Victoria?- usłyszałam szept tuż nad moim prawym uchem.
-Hm?- mruknęłam cicho.
-Czy Ty mnie kochasz?- zapytał Justin nie podnosząc głowy.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Gdybym powiedziała, że tak, zachowałabym się zbyt pochopnie. Gdybym natomiast odpowiedziała, że nie, okłamałabym go. Postanowiłam, że użyję sprytnego, wymijającego pytania.
-A czy Ty mnie kochasz?- zapytałam skupiona na tym, żeby mój szept nie zadrżał.
Justin milczał przez chwilę, skupiony zapewne na tym, jak mnie nie urazić, kiedy podniósł się i posadził mnie na swoich kolanach. Byłam tak blisko jego ust, że gdybym tylko pochyliła się odrobinę do przodu, nasze usta by się złączyły.
-Kocham Cię- szepnął, aż przeszedł mnie dreszcz.
Justin pochylał się, by oddać na moich ustach pocałunek, ale odepchnęłam go. Chyba źle to zrozumiał, bo patrzył na mnie ze zdziwioną miną.
-Dlaczego mnie kochasz?- zapytałam.
-Serio się pytasz? Spójrz na siebie. Jak można Cię nie kochać. Jesteś urocza i słodka, zadziorna i z charakterem. Rozśmieszasz mnie zawsze. Żyję tylko dla Ciebie. Gdyby cały świat zniknął, ale byłabyś Ty, żyłbym dalej w szczęściu, ale gdyby cały świat został, a Ciebie by zabrakło, moje życie nie miałoby najmniejszego sensu. Jesteś jak promyk światła w pochmurny dzień. Jesteś dla mnie wszystkim, Victoria- powiedział.___
Poczułam się tak, jak tylko może się czuć najszczęśliwsza osoba pod słońcem. Jakbym dostała największy prezent od Boga, na który nie zasługiwałam.
Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej, więc powiedziałam tylko:
-Ja Ciebie też kocham. Wybacz, ale nie jestem przyzwyczajona, do mówienia o swoich uczuciach wprost. Mam nadzieję, że zrozumiesz- powiedziałam przyglądając się moim paznokciom w kolorze mięty.
-Uwierz mi, ja też nie jestem dobry w te klocki- powiedział.
Pocałował mnie szybko, ale bardzo,  bardzo słodko.
-Wiesz, jaki jesteś ważny?- zapytałam cicho.
-Wiem o tym- powiedział uśmiechając się łobuzersko.
-Jak to?- zapytałam zbita z pantałyku.
-Kiedy zasnęłaś u mnie wczoraj, mówiłaś przez sen, że mnie kochasz. Ale zataiłem to, bo chciałem powiedzieć to pierwszy.
Rzuciłam się na niego przygniatając go całym swoim ciałem. Nie mogłam uwierzyć, że miałam takie szczęście.


 ________
nowy rozdział takie słodki.
mam nadzieję, że się spodoba.
nowy rozdział w środę.  jak coś to ścigajcie mnie o te rozdzaiły.
kc was mocno

sobota, 22 marca 2014

9.

*Justin*
-Ryan, jeżeli zaraz nie wyłączysz tego ścierwa, ja wyłączę Ciebie- powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
Wróciłem do domu zaledwie kilkanaście minut temu. Sprzedałem kilka sztuk, nic poza tym. Marny dzisiaj dzień, ale może jutro będzie lepiej. Od jakiegoś czasu to jest mój stały tekst. „Może jutro będzie lepiej”- nigdy nie jest lepiej.
-Jay, o co Ci chodzi? Jak masz jakiś problem, to po prostu wyjdź,  nie psuj humoru innym- powiedział odpalając papierosa.
Siedział wyciągnięty na kanapie nie zdając sobie sprawy, jak powstrzymuje się przed tym, by go nie uderzyć. Zesztywniałem cały, głośno oddychając przez nos i obróciwszy się na pięcie, ubrałem kurtkę i wyszedłem z mieszkania. Wolałem przechadzać się bez sensu niż irytować się obecnością Ryana. Nawet nie wiem dlaczego tak bardzo mnie ostatnio denerwuje. Może przez to, że istnieje? Ugh, czasem potrafi być naprawdę irytujący. Dzisiaj w nocy obudził mnie jego głośny śmiech rozlegający się po całym bloku. Kiedy poszedłem do niego, by sprawdzić co go tak rozśmieszyło, okazało się, że o trzeciej w nocy ogląda jakiś durny film ot tak, dla zabicia czasu. Później długo nie mogłem zasnąć. Wziąłem gitarę i zacząłem grać, kiedy Ryan przyszedł z pretensjami, że mu przeszkadzam. Doprawdy?
Mijałem właśnie jakieś małżeństwo, kiedy usłyszałem dzwonek mojego telefonu. Wyjąłem iPhone’a z tylnej kieszeni spodni i dostrzegłem, że to Jason.
-Tak?- zapytałem unosząc brwi do góry, ale zmieniając ton głosu na bardziej łagodny.
-Możemy się spotkać? Musimy porozmawiać- oznajmił oschłym głosem, a w tle usłyszałem ryk samochodu.
-Niech będzie. Gdzie?- zapytałem takim samym tonem, co mój rozmówca.
Jason podał mi adres, pod który miałem się udać i zawracając się pod  moją ulicę, po samochód napisałem Jennifer smsa, że Ryan jest sam w domu i jeżeli chce, może przyjechać. Wolałem, żeby nie siedział sam w domu. Niewiadomo co mu wtedy strzeli do głowy.
15 minut później znajdowałem się w nieodwiedzanej przeze mnie części miasta. Dostrzegłem Jasona, kiedy opierając się o samochód rozmawiał z kimś przez telefon. Nie wiedziałem, że dostał nowy wóz.
Kiedy mnie dostrzegł zakończył rozmowę i podszedł do mnie szybkim krokiem. Przez moment myślałem, że za chwilę da mi w mordę. Nie żebym się bał walki z Jasonem. Ja po prostu nie chciałem się  z nim bić. Ryan to co innego. Dla mnie Black to jeszcze dzieciak.
Miał hardą minę i posyłał mi gniewne spojrzenia. Zrównał się ze mną, a ja z ustami zaciśniętymi w kreskę, patrzyłem na niego nie tyle groźnie, co podejrzliwie.
-Przejdziemy się?- zapytał obojętnym tonem.
Kiwnąłem głową podążając za nim. Po kilku minutach, podczas których żaden z nas nie wydał żadnego dźwięku, byliśmy w zapełnionym rodzinami i staruszkami parku. Kiedy mijaliśmy jakąś parę, czułem się… głupio. Sam nie wiem dlaczego.
Usiedliśmy na ławce obserwując Nowojorczyków. Nie odezwałem się, bo niby co miałem powiedzieć? To on mnie tu ściągnął, więc to on miał zacząć rozmowę.
-Chyba wiesz o czym chcę porozmawiać- powiedział w końcu.
-Nie wiem, ale zapewne zaraz mi to wyjawisz- powiedziałem wzruszając ramionami.
Jason uważnie przyglądał się swoim czarnym butom, zbierając się w sobie.
-Posłuchaj, Justin. Ja i Victoria jesteśmy jak rodzeństwo, wychowywaliśmy się razem, więc nie dziw się, że chcę Cię ostrzec…
Już otwierałem usta, by dodać swoje trzy grosze, ale on powstrzymał mnie ruchem ręki.
-Nie wiem czy coś rzeczywiście między wami się dzieje, czy jest kolejną do zaliczenia. Do tej pory robiłem wszystko o co mnie prosiłeś, mając na uwadze jej szczęście, ale jeżeli ją skrzywdzisz nie będę uważał na to, czy jesteśmy kumplami czy nie. Victoria straciła coś bardzo dla niej cennego. Zbierała się po tym kilka miesięcy i wciąż jest w niej ból, cała jest w rysach. Jeżeli przez Ciebie uroni chociaż jedną łzę, pożałujesz. To wyjątkowa dziewczyna, która już wystarczająco dostała po dupie od życia.
Wyrzucił to z siebie w zawrotnym tempie, po czym odetchnął głęboko. Chyba szykował tą przemowę cały dzień.
-Więc chcesz mnie ostrzec, że jak zostawię Victorię, będę miał z Tobą do czynienia?- zapytałem z ironicznym uśmiechem.
-Tak, właśnie tak- odpowiedział.
Powstrzymałem parsknięcie, żeby nie zranić Jasona, bo nieskromnie mówiąc, nie miał ze mną szans.
-Spokojnie- powiedziałem do niego.
Mijały nas właśnie dwie blondynki, które spoglądając na nas, uśmiechały się pod nosem. Podążyłem za nimi wzrokiem odwracając głowę.
-Widzisz?! O to mi właśnie chodzi. Nie jesteś godny zaufania, więc daj Vic spokój- powiedział niemalże na mnie wrzeszcząc.
-Kurwa, uspokój się. To, że zauważam ładne dziewczyny nie oznacza, że jestem zimnym skurwielem. Myślisz, że nie mam uczuć? Że tylko jedno mi w głowie? Jeżeli tak, nie nazywaj siebie moim przyjacielem. A Victorii nie skrzywdzę, jest dla mnie ważna. Inaczej nie zawracałbym sobie głowy jakimiś amorami. Jeżeli ona sama powie, że mam się od niej odczepić- zrobię to, ale Ty nie masz w tej sprawie nic do gadania- wycedziłem zaciskając dłonie w pięści.
Wyciągnąłem paczkę papierosów i odpalając jednego, zaciągnąłem się mocno. Zirytował mnie ten wybuch gniewu Jasona. Kim on jest, by mi prawić morały?
-Justin, dobrze wiesz, że chodzi mi jedynie o jej szczęście- powiedział wzruszając ramionami.
-Szczęście tu, szczęście tam. Dlaczego nikt nie dba o MOJE szczęście? Każdy ma do mnie pretensje nie zważając na to, że ja też mógłbym napisać moją listę skarg. Bóg nie jest wobec mnie łaskawy, ale staram się nie użalać nad sobą, bo to nie ma sensu. Wiem, jak zapewnić bezpieczeństwo i SZCZĘŚCIE  Victorii, więc nie pouczaj mnie.
Kilka osób odwróciło głowy w naszą stronę zaciekawione o co się kłócimy. Teraz nie zwracałem na to uwagi.
-Bieber, nie chcę się z Tobą kłócić. Wiem, że nie masz łatwo, ale postaw się na moim miejscu- powiedział z wyraźną skruchą w głosie.
-Kto Ci kazał ze mną porozmawiać na ten temat?- zapytałem wypranym z emocji głosem wypuszczając dym z płuc.
-Nikt mi nie…- zaczął, lecz przerwałem mu w połowie zdania.
-Kto Ci kazał ze mną pogadać?
Odwróciłem się w jego stronę, lecz na drewnianej ławce w parku nie siedziało się zbyt komfortowo, więc kręciłem się w z jednej pozycji na drugą, aby tylko znaleźć tą najwłaściwszą.
Jason opuścił ramiona i odpowiedział tak cicho, jakby szeptał.
-Megan.
Nie mogąc się powstrzymać, zaśmiałem się głośno z jego bezradności i podporządkowywaniu się jakiejś irytującej, piszczącej dziewczynie.
-Jason, jesteś taki dziwny. Pozwalasz by jakaś laska dyktował Ci, co masz robić? Dlaczego sama ze mną o tym nie porozmawia?- zapytałem nadal się śmiejąc.
-Wiesz jaką mi awanturę zrobiła? Ni odzywa się do mnie od tygodnia- powiedział wytrzeszczając oczy.
Zachowywał się jak piesek. Robi wszystko, co ona mu każe. Nie ma swojego zdania, nie wyraża swojej opinii. A może ma te samo zdanie co ona?
-Daj mi swój telefon- powiedziałem gasząc niedopałka butem.
-Co!? Po co?- zapytał a jego głos podniósł się o oktawę wyżej.
-Zaufaj mi- powiedziałem wyciągając rękę.
Niechętnie podał mi swojego iPhone’a, a ja w kontaktach znalazłem numer Megan. Już otwierał usta w proteście, ale powstrzymałem go ruchem dłoni.
Megan odebrała po trzecim sygnale.
-Halo?- zapytała swoim piskliwym głosikiem.
-Cześć, Megan, tu Justin.
Cisza.
-Dzwonię,  żeby powiedzieć, że nie masz się czego obawiać, nie skrzywdzę Victorii, możesz być pewna. Nie musisz też napuszczać na  mnie Jasona, bo nie ma ku temu powodu. A i proszę, zlituj się nad nim i zacznij z nim rozmawiać. Prawie mi się tu popłakał- powiedziałem z uśmiechem.
Jason uderzył mnie w ramię, ale nie poczułem bólu.
-Bieber, nie wiem co o tym sądzić. Ty jesteś…- powiedziała po dłuższej chwili.
-No jaki?- zapytałem.
-Tatuaże i te sprawy. Zły, niegrzeczny chłopiec. Błagam Cię.
-Megan, daj mi szanse.
-Mogę Ci zaufać?- zapytała niepewnie.
-W stu procentach- powiedziałem nadal się uśmiechając.
Rozśmieszała mnie ta ich przesadna troska o Victorię. W końcu sama potrafiła o siebie zadbać, ale nie mogłem mieć o to do nich pretensji. Martwią się, to zrozumiałe. Przecież pojawia się jakiś gość niewiadomo skąd i adoruje ich najlepszą przyjaciółkę. Też bym się martwił.
-Nie spieprz tego, rozumiesz? Bo osobiście się na Tobie zemszczę- powiedziała tonem głosu, który zapewne miał mnie przestraszyć. Dziwnie to zabrzmiało w duecie z jej piskliwym sopranem.
-Tak, tak, wiem. Dostanę w mordę.
-Dokładnie- powiedziała.
-Będę miał się na baczności. Chyba Twój chłopak chce z Tobą porozmawiać. To na razie- powiedziałem i oddając telefon Jasonowi, pomachałem mu na pożegnanie.
Posłał mi mrożące krew w żyłach spojrzenie. Chyba nie jest zadowolony z mojej rozmowy z jego dziewczyną. Ale teraz miałem to gdzieś. Postanowiłem skupić się na Victorii i przy okazji nie zjebać jej życia.


-Rozmawiałem dzisiaj z Jasonem- powiedziałem pochylając się nad gitarą, którą od kilku dni dotykałem nad wyraz często.
-O czym?
Victoria siedziała po turecku na moim łóżku skupiona na zadaniu domowym z matematyki. Stwierdziła, że woli to zrobić szybko teraz, niż siedzieć do późna nad lekcjami, albo w ogóle ich nie zrobić. Pasowała mi taka swoboda z jej strony. Zabrałem ją do siebie od razu, kiedy wróciłem z parku. Nie miałem pomysłu, siły ani ochoty na coś specjalnego i wyjątkowego, więc spędzenie popołudnia w moim pokoju wydawało mi się dobrym pomysłem. Zwłaszcza, kiedy Ryan jest u Jennifer. Żyć nie umierać.
-Hm, o Tobie- powiedziałem przyglądając się jej w skupieniu czekając na reakcję.
Podniosła momentalnie głowę i zaskoczona otworzyła szeroko oczy.
-Jak to… o mnie?
-Jason, a raczej Megan martwią się, że Cię skrzywdzę. Na początku myślałem, że zaraz się z nim  pobiję, ale cały ten pomysł wyszedł od Twojej przyjaciółki. Postraszyli mnie, że będę miał złamaną szczękę, jeśli zrobię coś nie tak- powiedziałem wzruszając ramionami, tak, jakby codziennie ktoś mi groził pobiciem. Normalka.
-Bardzo Cię przepraszam. Nie wiem co im strzeliło do głowy- powiedziała słabym głosem.
Była tak krucha. Jak lalka z porcelany. Musiałem o nią dbać najlepiej jak potrafiłem.
-Nie masz mnie za co przepraszać, Księżniczko. Raczej im podziękować. Gdybym był na ich miejscu, pewnie postąpiłbym tak samo. Boją się, że będziesz przeze mnie płakać.
-A będę?- zapytała cicho odkładając zeszyt na bok. Miałem wrażenie, że bała się tego, co jej przyjaciele. Bała się, że ją skrzywdzę.
Oparłem gitarę o ścianę obok fotela, na którym siedziałem. Wstałem i podszedłem do niej pospiesznie. Usiadłem obok niej, a ona patrzyła na mnie wielkimi oczami.
-Victoria, obiecuję Ci, że nigdy nie będziesz przeze mnie płakać. Nie skrzywdzę Cię, nigdy. Rozumiesz? Jesteś dla mnie zbyt cenna- powiedziałem wtulając lewą dłoń w jej policzek.
-Jaką mam pewność?- zapytała.
-Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?- zapytałem cicho splatając nasze dłonie na łóżku.
-Liczę  na Twoją kreatywność- powiedziała uśmiechając się lekko.
Tego się obawiałem. Obawiałem się, że ma wątpliwości. Nie chciałem jej rozczarować.
Wstałem z łóżka i zabierając gitarę, ponownie na nim usiadłem. Victoria spoglądała co chwilę to na mnie, to gitarę, ciekawa co zrobię.
-Czy po tym będziesz miała wątpliwości?- zapytałem i zacząłem grać.

If I was your boyfriend, never let you go
Keep you on my arm girl, you’d never be alone
I can be a gentleman, anything you want
If I was your boyfriend, I’d never let you go, I’d never let you go*


Kiedy skończyłem, Victoria  patrzyła na mnie z taki uczuciem, że od razu przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele.
Nadal trzymałem gitarę na kolanach, ale odłożyłem ją na podłogę, by pochylić się w stronę dziewczyny. Nasze usta się zetknęły, bo nie chcąc jej przestraszyć, chciałem złożyć na jej pełnych wargach lekki pocałunek. Jednak ona miała inne plany. Zawiesiła mi ręce na szyi i zaczęła namiętnie całować. Nie musiała długo czekać na moją reakcję. W tym pocałunku było tyle niewypowiedzianych słów. Przyrzeczenia, obietnice, głównie moje. Bo to ja musiałem jej udowodnić, że się nadaję, że jej nie skrzywdzę, że jestem prawdziwym mężczyzną. Chciałem jej pokazać, że jest ważna. Starałem się nie posuwać się za daleko, bo w końcu nie jesteśmy jeszcze parą, lecz czułem, że moje wargi miażdżą jej z ogromną siłą. Ona pochłaniała mnie łapczywie, nie zważając na konsekwencje.
Kiedy się od siebie odsunęliśmy, oboje dyszeliśmy głośno. Patrzyłem na Victorię roześmianymi oczami, ale ona wyraźnie speszona przyglądała się swoim dłoniom.
-Co to za piosenka? Nigdy jej nie słyszałam- powiedziała, kiedy splotłem jej palce z moimi.
-Bo wczoraj ją napisałem. Na razie w pełni skończony jest tylko refren, ale już pracuję nad zwrotkami. Wczoraj Ryan obudził mnie w nocy, więc nie mogąc zasnąć coś tam wymyśliłem. Po za tym już wcześniej chciałem w końcu coś napisać- powiedziałem wzruszając ramionami.
-Kiedy nie możesz zasnąć piszesz piosenki?- zapytała uśmiechając się pod nosem.
-Można tak powiedzieć.
-Masz coś jeszcze?- zapytała z nadzieją w głosie.
-Księżniczko, nie tak szybko. Spokojnie, usłyszysz jeszcze nie jedną piosenkę. Jeśli chcesz mogę Ci śpiewać codziennie- powiedziałem ujmując ją pod brodę.
Spojrzałem jej głęboko w oczy próbując coś znaleźć. Od dłuższego czasu szukałem jakiegoś znaku, że jeszcze nie wszystko stracone, że cos się liczy. I wtedy zrozumiałem, że to Victoria jest tym wszystkim czego szukałem. Jeszcze przed nikim się tak nie otworzyłem. Jeszcze nikogo nie traktowałem tak jak jej. Wcześniej każdy był dla mnie tylko przypadkową osobą, przypadkowe znajomości, nic więcej. Teraz poczułem, że chyba świat nie jest taki zły, skoro spotkałem cel mojej podróży. I to jaki cel.
Byłą taka piękna. Urocza z zarumienionymi policzkami i słodkim chichotem. Zielone oczy błyszczały jej z podekscytowania. Co z tego, że znamy się krótko? Zaryzykuję.
-Can i be your boyfriend?- zapytałem nadal patrząc jej w oczy, a ona w moje.
-Czy to tekst piosenki?- zapytała uśmiechając się szeroko.
-Victorio Anne Collins, czy uczynisz mnie najszczęśliwszym chłopakiem na świecie i zechcesz być moją wybranką serca?- zapytałem z poważną miną.
Victoria patrzyła na mnie w ciszy przez chwilę. Ta chwila wydawała się trwać wiecznie.
-Prosisz mnie o rękę, czy o bycie Twoją dziewczyną?- zapytała z uśmiechem.
-Na razie liczę na to, że będziemy parą, ale kiedyś… czemu nie- powiedziałem i puściłem jej perskie oko, a ona zachichotała.
-Hmm… Daj mi pomyśleć- powiedziała pukając palcem po brodzie.
Czekałem wytrwale nie odzywając się nawet słowem.
-Justin Bieber- mój chłopak. Brzmi nieźle, prawda?- zapytała uśmiechając się do mnie.
-Błagam, Victoria. Nie drocz się ze mną- powiedziałem coraz bardziej zestresowany.
-Tak- powiedziała tylko.
Podskoczyłem nagle na łóżku.
-Tak znaczy tak, że nie będziesz się ze mną droczyć, czy…- zacząłem przygryzając wargę.
-Tak, Justin, zostanę Twoją dziewczyną.
-Uczyniłaś mnie najszczęśliwszym chłopakiem w całym Nowym Jorku- powiedziałem i pocałowałem ją, chcąc oddać cześć najwspanialszej dziewczy
nie, którą jest właśnie ona.

*
Gdybym był twoim chłopakiem, nigdy bym Cię nie opuścił.
Trzymałbym Cię w moich ramionach, dziewczyno. Nigdy nie byłabyś samotna.
Mogę być gentlemanem, kimkolwiek chcesz.
Gdybym był twoim chłopakiem, nigdy bym Cię nie opuścił.

________________
jak wam się podoba nowy rozdział? moim zdaniem jest mega. no i w dodatku są już parą.
mogę zdradzić, że będzie się dużo działo.
co do bloga. na Twitterze piszę kiedy dodaje nowy rozdział, albo co będzie się działo. możecie też w komentarzach podać swoje aski, to będę was informować.  a oto mój tt: Twitter
proszę też o komentarze.
nie zapominajcie o mnie, kocham was. 

poniedziałek, 17 marca 2014

8.

-Cześć- powiedział Jason, kiedy wsiadał do mojego samochodu w poniedziałkowy poranek.
Wyglądał jakby całą noc nie zmrużył oka. Oczy miał podkrążone, a fryzura była w nieładzie.
-Cześć. Co jest?- zapytałam, kiedy wyjeżdżaliśmy z naszej ulicy.
Było parę minut po siódmej, a Nowy Jork już żył pełnią życia. Samochody wymijały się jeden o drugiego, a za kierownicami byli znudzeni pracownicy spieszący się do pracy, lub studenci jadący na uczelnie. Było chłodniej niż zazwyczaj. Połowa października obfitowała w zimne wiatry z północy i lekkie mżawki.
-Zakuwałem całą noc z trygonometrii. Ten sprawdzian to jakaś masakra. Nie wiem co jest gorsze- to, czy świadomość, że Megan czeka na mnie rozwścieczona- powiedział przecierając oczy .
-Dalej nie rozmawiacie? O co tak właściwie poszło?- zapytałam sprawnie manewrując kierownicą mimo lekkiego niewyspania.
-Nic ważnego, takie tam- powiedział odwracając twarz do szyby.
Głos mu się podniósł o oktawę wyżej, więc coś było nie tak. Na dodatek spuścił wzrok. Albo sprawnie to przede mną ukrywają, albo… No dobra, coś przede mną ukrywają. Ale nie miałam ochoty błądzić wśród ich logiki. Miałam dzisiaj sprawdzian z angielskiego, a zupełnie nic nie umiem. Kiedy wczoraj wróciłam ze spotkania z Justinem zdołałam tylko wziąć prysznic i upaść na łóżko, a i tak z nadmiaru wrażeń, długo nie mogłam zasnąć.
-Właściwie, Vic, gdzie spałaś po imprezie?- zapytał unosząc brwi do góry. Widać było, że doskonale wie, gdzie spałam a zdradzał to jego uśmiech.
-Po co pytasz, skoro znasz odpowiedź?- zapytałam i ruszyłam do przodu za czerwonym Fordem.
-Chcę to usłyszeć od Ciebie. Nieźle się zalałaś.
-Może trochę za dużo wypiłam, ale bez przesady. Justin zabrał mnie do siebie- powiedziałam wzruszając ramionami, ale czułam, że na moje policzki wstępuje rumieniec.
Jason zaśmiał się gardłowo widząc moją reakcję. Nawet na niego nie spojrzałam udając, że bardzo skupiam się na drodze przed nami.
-A więc teraz Justin, a nie Bieber?
-Jakiś problem, Black?- zapytałam poirytowana.
Jason podniósł ręce w obronnym geście powstrzymując śmiech.
-Spokojnie, Victoria- powiedział.
Zmroziłam go wzrokiem, ale się nie odezwałam. Jason grzebał w swoich notatkach, a ja jechałam do szkoły, chociaż myślami była daleko stąd. Dalej miałam przed oczami jego roześmiane spojrzenie karmelowych tęczówek, albo uroczy dołeczek w policzku. Justin Bieber- kiedyś to nazwisko wywoływało u mnie jęk odrazy, a teraz miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu, że to był najwspanialszy dzień mojego życia. Szkoda tylko, że tak krótko on trwał. Zastanawiałam się, czy zadzwoni do mnie jeszcze, wyśle wiadomość, cokolwiek. Cóż mogłam poradzić? Zależało mi na jego obecności.
Zanim się zorientowałam, byliśmy już na szkolnym parkingu. Jason niezdarnie schował zeszyty do plecaka i wygramolił się z auta. Zabrałam torbę z tylnego siedzenia i od razu przywitał mnie śmiech Megan.
-Brawo, Victoria- powiedział zbliżając się do mnie.
Miała na sobie czarne, obcisłe spodnie i bladoniebieską bluzę z nadrukiem. Upięła włosy w kok, ale i tak wyglądała zjawiskowo. Przy niej każdy dostawał kompleksów.
Na moją twarz wstąpił kolejny już rumieniec i schowałam twarz we włosach udając, że bardzo skrupulatnie chowam kluczyki do torby.
-Cześć, Megan. Czego mi gratulujesz? Coś zrobiłam?
Ruszyłam w kierunku szkoły, a ona tuż obok mnie. Jason szedł kawałek za nami powtarzając przed sprawdzianem. Pierwszy raz widziałam, żeby aż tak przejmował się trygonometrią.
-Nie udawaj głupiej, Vic. Dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie podoba mi się, że splatasz swoje losy właśnie z Bieberem, ale cóż.
Nie widziałam jej twarzy, ale pewnie założyła ręce i uniosła brwi do góry. Typowa poza mojej przyjaciółki.
-Splatam swoje losy? Chyba za dużo sobie wyobrażasz- powiedziałam poirytowana.
Jeżeli jeszcze jedna osoba będzie mnie wypytywać o to, co się działo po imprezie, nie wytrzymam. Nigdy nikogo nie uderzyłam, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda?
-Poczekaj, podsumujmy wydarzenia piątkowego wieczoru. Są Twoje urodziny, nagle do lokalu wchodzi mega przystojniak, który nawet nie jest zaproszony. Tańczysz z nim dobrą godzinę, a potem nagle strzela Ci coś do głowy i pijana zabierasz go z macek Mii. On odwozi Cię do siebie do domu i… Fakty mówią same za siebie, Kochana.
-Serio tak to wyglądało?- zapytałam cicho.
Mijaliśmy uczniów z naszego rocznika, którzy chichotali, albo szeptali między sobą widząc moją osobę. Czułam się jak totalna idiotka.
-Tak, właśnie tak- powiedziała chyba nie zdając sobie sprawy z mojej miny.
Nic nie odpowiedziałam, tylko szłam w ciszy przez szkolny korytarz. Megan kroczyła za mną
jak cień. Tak bardzo nie lubiłam być w centrum uwagi, a teraz samą siebie na nią skazałam. Czułam, że to będzie najgorszy dzień w życiu. Już wyobrażałam sobie jak reszta szkoły nabija się ze mnie myśląc pewnie, że od razu skoczyłam  Justinowi do łóżka.
Stojąc przed moją klasą, z miną męczennicy pożegnałam się z przyjaciółką i weszłam do środka. Spodziewałam się, że gdy tylko przekroczę próg sali wszyscy wstrzymają oddech, by po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem. Tak się jednak nie stało.
Jedni spojrzeli na mnie przelotem, drudzy w ogóle nie zauważyli mojej obecności, jednak jedna osoba aż się wyrywała gotowa ze mną porozmawiać. Usiadłam obok Laury, która  podskakiwała na krześle z podekscytowania. Nie zdążyłam się  nawet rozpakować, a ona już zapiszczała mi do ucha.
-Victoria, opowiedz mi wszystko z najmniejszymi szczegółami- powiedziała zdecydowanie za głośno.
Wydałam z siebie jęk, bo wiedziałam, że przez najbliższą godzinę czeka mnie opowiadanie jej w jakiej pozycji stałam, albo jakim spojrzeniem obdarował mnie Justin w każdej minucie naszego spotkania. Wiedziała doskonale o naszej wczorajszej „randce”, więc to gorsze niż tortury.


Lekcje minęły mi na wzdychaniu, lub bazgroleniu w zeszycie. Sprawdzian z angielskiego był zaskakująco prosty, ale nie wzięłam tego jako dobry znak. Laura jak się spodziewałam nie dawała mi spokoju aż do lunchu, a na stołówce udawałam, że nie czuje przebijającego mi czaszkę spojrzenia, którym obdarowywała mnie Mia.
Szłam w stronę parkingu, kiedy zobaczyłam, że kilka dziewczyn przechodzi obok mnie chichocząc, ale nie z mojego powodu. Poczułam, że coś  lub ktoś inny jest obiektem chichotów dziewczyn. I wtedy go zobaczyłam.
Opierał się w jak zwykle nonszalanckiej pozie o swoje porsche. Nawet z daleka nie wyglądał jak zwykły chłopak. Miał na sobie czarną bokserkę, więc wszyscy doskonale widzieli jego liczne tatuaże, które zapewne wywoływały respekt wśród innych. Dzisiaj był bez czapki, która zakrywała by jego misterną fryzurę. Myślałam, że to majak wywołany przez moją przedziwną wyobraźnię.
Szłam w ślimaczym tempie przewidując, co powinnam zrobić.  Odejść, zignorować go, pobiec do niego w podskokach? Serce waliło mi jak u kanarka. Bałam się, że dostanę zawału. Wzięłam głęboki wdech, by uspokoić mój puls, ale gdy Justin posłał mi jeden ze swoich najwspanialszych uśmiechów, wszystko poszło na marne. Podeszłam do niego na miękkich nogach jakbym zaraz miała zemdleć. Spokojnie, Victoria. Co Ci jest? Weź się w garść- podpowiadał mi głos w mojej głowie.
-Cześć- powiedział pochylając się nade mną, by złożyć na moim policzku słodki pocałunek. Owionął mnie jego zapach.
Udawałam, że nie zauważam gapiów wokół nas. Kilka osób nawet przystanęło udając, że szukają czegoś w plecakach lub coś upuścili. Justin spojrzał na nich i unosząc brwi uśmiechnął się pod nosem.
-Cześć- odpowiedziałam w końcu- Co tutaj robisz?
Justin okrążył samochód i otworzył drzwi od strony pasażera patrząc mi prosto w oczy mimo dzielącej nas odległości.
-Zabieram Cię stąd- powiedział kiwając głową na samochód.
-Ale mój wóz- powiedziałam trochę jękliwie.
-Nie martw się. Jason o niego zadba- powiedział puszczając w moją stronę perskie oko.
Zawahałam się przez moment, ale odwracając się jeszcze raz w stronę mojego volvo podeszłam do Biebera. Wsiadłam czując  pod sobą miękką skórę, mój nos drażnił zapach cynamonu.
Justin zamknął za mną drzwi i po chwili przekręcił kluczyk w stacyjce. Czułam na sobie zdziwione spojrzenia pozostałych. Zdawały się pytać co jest grane. Ja też tego nie wiedziałam, ale nie przeszkadzało mi to.
Wyjechaliśmy poza teren szkoły, a ja ze zdenerwowania wbijałam paznokcie w swoje nadgarstki. Byłam zestresowana, przestraszona i zdezorientowana. Wszystko potoczyło się tak szybko. Minuta rozmowy i już pędziliśmy w porsche przez ulice Nowego Jorku.
-Co my tak właściwie robimy?- zapytałam zapamiętując na pamięć kształt jego szczęki.
Justin westchnął, zamyślił się na chwilę i spojrzał na mnie swoimi roześmianymi oczami.
- Teraz jedziemy w pewne miejsce- powiedział wzruszając ramionami.
Doskonale jednak wiedział, że nie o taką odpowiedź mi chodziło. Nie to miałam na myśli. Do jakiego kręgu miałam go zaliczyć? Kolega,  przyjaciel, ktoś więcej? Justin chyba sam nie wiedział co o tym wszystkim myśleć, bo zaczął nerwowo drapać się po karku.
Nie narzekałam, jego towarzystwo mi odpowiadało, ale z reguły wolałam wiedzieć w co się pakuję.
Czułam się dziwnie nieswojo. Tak, jakbyśmy oboje do czegoś się zmuszali. Po raz pierwszy od naszego spotkania, panowała niezręczna cisza. Niemy krzyk wokół nas zdawał się gęstnieć.
Nikt nie podjął się rozmowy. Justin niby to rozluźniony prowadził samochód, ale ani razu nawet na mnie nie spojrzał, kiedy ja bacznie obserwowałam go kątem oka.
Kiedy w końcu samochód się zatrzymał, byliśmy w nieznanej mi części Nowego Jorku. Wysiadłam z samochodu, kiedy mój kompan otworzył przede mną drzwi i od razu wgniótł mnie w ziemię zapach stęchlizny wydobywający się ze śmietników nieopodal. Mimo tego, że było jasno, tutaj panował nieprzyjemny mrok. Czułam, że jestem w środku filmu gangsterskiego, a nas zaraz napadną zbiry. Wszystko we mnie krzyczało, że powinnam się  stąd jak najprędzej wynosić, ale opiekuńcze ramie Justina, które teraz mnie obejmowało, dodawało mi otuchy. Próbowałam ignorować ten zapach, strach i wszystko inne. Wsłuchiwałam się w miarowy oddech Biebera i chciałam by jego słodki zapach był zawsze ze mną. Z nim u boku nic nie mogło mi się stać. Mimo strachu Megan przed jego kontaktami ze mną, ja nie czułam, że jest dla mnie zagrożeniem. Był czymś w rodzaju opoki, zawsze odganiał złe myśli. To śmieszne, że myślę tak na tym etapie znajomości.
Justin zaśmiał się cicho, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.
-Co Cię tak rozbawiło?- zapytałam unosząc jedną brew do góry.
-Nie bój się tak, shawty. Tak kurczowo trzymasz się mojej koszulki, że zaraz mi ją rozerwiesz- powiedział i znowu zachichotał.
Poczułam, że oblewa mnie rumieniec. Co miałam poradzić? Bałam się wszystkiego, co było dla mnie potencjalnym zagrożeniem.
-Nie nabijaj się ze mnie- powiedziałam przybierając minę obrażonego dziecka.
-Za chwilę będziemy na miejscu- rzucił i mocniej przycisnął mnie do siebie. Czułam jego mięśnie brzucha pod bokserką.
Skręciliśmy w uliczkę, w której panował spokój. Panował mrok, ale nie tak przerażający. Nie chciałam jednak, by Justin wypuścił mnie ze swoich objęć.
Moje oczy dostrzegły wielki budynek ze świecącymi się, starymi neonami. Nikogo nie było wokoło tylko my i te kino. Głośno zaczerpnęłam powietrza, bo widok był przepiękny. Kino przywodziło na myśl stare budynki we Francji.
-No to jesteśmy- powiedział, gdy stanęliśmy przed wejściem.
-Co to…- nie dokończyłam, bo dobiegł mnie głośne powitanie dobiegające z wnętrza budynku, a po chwili już na zewnątrz. Chyba nie było tak opuszczone.
-Justin! Jesteś! Już się martwiłem, że nie przybędziesz. A to pewnie Victoria?- zapytał głos z oddali.
Mężczyzna wyszedł z cienia i mimowolnie przejechałam po nim wzrokiem. Był wysoki, umięśniony i przystojny jak na swój wiek. Miał około 50 lat, ale nie wyglądał jak typowy mężczyzna w średnim wieku. Nie dostrzegłam oponki na brzuchu, a on sam wyglądał i chyba też się czuł, jakby zaraz miał wystartować w maratonie. Był pełen energii, a ona też udzieliła się mnie.
Mężczyzna podał ku mnie dłoń.
-Sam Tooper, miło mi- powiedział i pocałował mi dłoń.
-Miło mi pana poznać, Panie Tooper- powiedziałam uśmiechając się.
-Och, mów mi Sam- powiedział i cofnął się, uśmiechając się do nas obojga.
-Chodźcie, zaraz się zacznie- powiedział Sam i już go nie było.
Justin złapał mnie za rękę i wkroczyliśmy do środka. Było tak jak się spodziewałam. Wszędzie długie wstęgi w kolorze czerwieni i kamienna posadzka. Miało to jednak swój urok. Od razu przypomniała mi się moja babcia.
-Jak to załatwiłeś?- zapytałam Justina, kiedy prowadził mnie do odpowiedniej sali.
Uśmiechnął się łobuzersko, tak jak lubię najbardziej.
-Mam swoje znajomości- powiedział i otworzył przede mną ogromne drzwi.
Usiedliśmy na samym środku wśród egipskich ciemności. Nie było nikogo oprócz nas. Było wspaniale. Zawsze o tym marzyłam.
-Znasz chyba wszystkich Nowojorczyków- powiedziałam rozsiadając się wygodnie.
-Bez przesady. Każdy ma swoje udziały tu czy tam. Sam to dobry przyjaciel mojej rodziny. To znaczy były dobry przyjaciel- powiedział i odchrząknął.
Nie chciałam być wścibska, więc nie zapytałam dlaczego jest byłym przyjacielem rodziny. Po chwili na ekranie pojawiła się aktorka w futrze i staromodnym kapeluszu na głowie. Paliła fajkę i rozmyślała nad czymś intensywnie. Film był czarno- biały, co mnie zaskoczyło.
Oglądałam w skupieniu przez kilka minut, kiedy Justin pochylił się nade mną i szepnął mi do ucha:
-Jak Ci się podoba?- zapytał.
-Masz słabość do lat 50?- zapytałam patrząc na jego przyciemnioną twarz.
-Przeszkadza Ci to? Jeżeli chcesz możemy zrobić coś innego. Po prostu chciałem pokazać Ci cząstkę mnie- powiedział, a w jego oczach dostrzegłam coś na kształt strachu.
-Nie, to wszystko jest wspaniałe.
-Cieszę się, że Ci się podoba.
Film zleciał bardzo szybko, chociaż z jego treści zapamiętałam niewiele. Co rusz łapałam się na tym, że wsłuchuję się w oddech, lub obserwuję kątem oka Justina. On też co jakiś czas szeptał mi do ucha swoje 3 grosze.
Nie chciałam jeszcze wracać do domu, ale jutro niestety czekała mnie szkoła, poza tym nie poinformowałam taty, że wrócę później.
-Odwieziesz mnie?- zapytałam, kiedy wychodziliśmy z kina, wcześniej żegnając się z Samem.
-Już? Dlaczego tak szybko?- zapytał łapiąc mnie za rękę.
-Szkołą, tata, dom- zaczęłam wyliczać.
-Ach, no tak. Każdy ma swoje obowiązki- powiedział.
Kiedy szliśmy przez mroczną uliczkę, nie bałam się tak bardzo, jak za pierwszym razem. Szczerze mówiąc ledwie zauważyłam, że już jesteśmy pod moim domem, bo w myślach cały czas odtwarzałam sobie naszą randkę.
-No cóż, czas na mnie- powiedziałam patrząc w jego karmelowe oczy.
Justin nie odezwał się, tylko spoglądał co rusz w moje oczy na przemian z ustami.
Po chwili bardzo powoli pochylił się nade mną, starając się mnie nie spłoszyć. Oboje patrzyliśmy sobie głęboko w oczy i mimo wolnie przesunęłam się bliżej. Kiedy jego wargi zetknęły się z moimi, przymknęłam  powieki. W tym pocałunku nie było brutalności, ani strachu. Było tak, jakby nasze usta idealnie do siebie pasowały. Justin całował mnie tak, jakby bał się mnie uszkodzić, jakbym była czymś szczególnie ważnym i jednocześnie kruchym. Poddawałam się jego dotykowi, wplątując dłonie  jego grzywkę trochę ją przy tym niszcząc.  Nie liczyło się nic więcej, poza nim. Przez kilka błogich minut nie było słychać niczego poza naszymi przyspieszonymi oddechami i szeptem poruszanych się synchronicznie ust. To on zaczął ten pocałunek, więc to on musi go zakończyć.
Niestety Justin wrócił do swojej poprzedniej pozycji patrząc na mnie podejrzliwie, jakby się bał, że ucieknę.
-Przepraszam- powiedział, chociaż nie dopatrzyłam się, że jest mu chociaż minimalnie przykro z powodu naszego pocałunku.
-Nie gniewam się- szepnęłam, jakbym bała się powiedzieć coś na głos.
Justin zachichotał lekko, ale się nie odezwał. Zabrałam swoje rzeczy i patrząc jeszcze na niego rzuciłam coś w stylu pożegnania.
W drodze do domu usta boleśnie mnie piekły. Jakby dawały o sobie znać. Wciąż czułam na nich usta Justina. Czułam jego zapach, czułam oddech. Musiałam teraz wziąć się w garść i skupić na mniej przyjemnych przyziemnych sprawach.
Wzięłam prysznic i zasiadłam do odrabiania lekcji, kiedy poczułam wibracje swojego telefonu. Wyciągnęłam iPhone’a i odczytałam wiadomość.
„Śpij dobrze, Księżniczko. Będę śnił o Tobie”. Moje plany skupienia się nie na Justinie legły w gruzach.



________________________
przepraszam, rozdział miał być w niedzielę, ale... nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
myślę, że rozdział się spodoba.
czytasz+skomentuj.
kocham was <3

wtorek, 25 lutego 2014

7.

Pół godziny przed umówionym czasem siedziałam już całkiem przygotowana do wyjścia co rusz poprawiając włosy, albo fioletową bluzkę. Ze zdenerwowania podrygiwałam nogami i bawiłam się palcami. Czas mijał bardzo wolno. Z braku zajęcia zaczęłam rozmyślać jak to będzie. Kino, kolacja, spacer? Wszystko mi odpowiadało. Czułam się jak wielki balon, który ze stresu miał za chwilę pęknąć. A co, jeśli zrobię z siebie pośmiewisko, albo wystawi mnie do wiatru? Odgoniłam od siebie złe myśli. Jeżeli teraz tak się stresuję, co będzie, jeśli naprawdę będzie czym się przejmować? Chyba serio pęknę.
Zaczęłam powoli zakładać kurtkę, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Rzuciłam się na niego jak lwica. „jestem na dole”. Czym prędzej zabrałam małą torebkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, zamknęłam drzwi na klucz i zeszłam schodami na dół. Chłodne październikowe powietrze smagało moją twarz, a pojedyncze żółte i pomarańczowe liście wirowały u mych stóp, jakby bawiły się w berka.
Dostrzegłam go od razu. Oparty o porsche wyglądał o niebo lepiej niż ja, mimo tak długiego czasu spędzonego przed lustrem. Jak zwykle czarne spodnie luźno na nim wisiały, a na nogach miał czarno-czerwone Nike Air Max. Założył też czarną bluzę z nadrukiem, a pod czerwonym snapem Chicago Bulls, miał jak zwykle perfekcyjnie ułożoną fryzurę. Towarzyszyły mu okulary przeciwsłoneczne i zawadiacki uśmiech.
Podeszłam do niego starając się nie okazywać zdenerwowania. Na mój widok uśmiechnął się jeszcze szerzej, aż zaparło mi dech w piersiach. Stanęłam na równi z nim, lecz był wyższy, więc musiałam nieco zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
-Cześć- powiedział pierwszy.
-Cześć. Dokąd mnie zabierasz?- zapytałam, kiedy okrążaliśmy samochód, by Justin mógł otworzyć przede mną drzwi ze strony pasażera.
-Przekonasz się.
Wsiadłam do  środka czując pod sobą miękkie, skórzane obicie fotela. W samochodzie było tak czysto, jakby dopiero wyszedł z salonu. Pachniało lawendowym odświeżaczem powietrza, lecz dało się wyczuć woń dymu papierosowego. Rozsiadłam się wygodnie, nie wiedziałam co mam zrobić z rękami, więc położyłam je na moich kolanach. Justin przekręcił kluczyk i samochód zamruczał jak dziki kot. W tle leciała znana mi piosenka Drake’a.
-Jak tam, już Ci lepiej?- zapytał nie spuszczając wzroku z drogi przed nami.
Na początku nie skojarzyłam, o co chodzi, lecz po chwili domyśliłam się, że o wczorajszego kaca.
-Tak, o wiele. Potrzebne mi było tylko dużo snu i hektolitry wody.
Zachichotał, na co się uśmiechnęłam.
-A Ty co wczoraj robiłeś?- zapytałam.
-Nic specjalnego- odpowiedział wzruszając ramionami.
Po 15 minutowej jeździe zapełnionej rozmową o sprawach codziennych, zaparkowaliśmy pod rzędem sklepów i restauracji. Było niedzielne popołudnie, więc chodniki zapełniało mnóstwo turystów i rodzin. Justin jak na dżentelmena przystało, otworzył mi drzwi. Wygramoliłam się niezdarnie.  Mijaliśmy chińską restaurację, KFC itp., więc czekało mnie coś innego. Oboje skupialiśmy się na lawirowaniu wśród przechodniów i żadne nas nie podjęło się rozmowy, ale nie było między nami niezręcznej ciszy.
Justin stanął przed schodkami prowadzącymi do jakiejś knajpki.
-Panie przodem- powiedział patrząc na mnie wyczekująco.
Zeszłam niepewnie na dół, uważając, żeby się nie przewrócić. Justin podążał tuż za mną. Weszłam do środka mając przed oczami obraz obskurnej knajpy pełnej karaluchów. Czekało mnie miłe rozczarowanie.
Pomieszczenie było dość duże i biło od niego gościnnością, jeżeli można tak powiedzieć. Beżowe ściany pokrywały obrazy gwiazd starego kina, a przy każdym stoliku stała klasyczna lampa z lat 50. Widziałam też stare krzesła za ladą i szafę grającą. W tle leciała piosenka Marylin Monroe. Stoliki były zapełnione, ale bez przepychu. Z drugiego końca restauracji pomachał nam mężczyzna w średnim wieku, z postępującą łysiną. Uśmiechnęłam się nieśmiało, a Justin odwiesił moją kurtkę. Jak bardzo nie pasowaliśmy do tego klimatu. Byliśmy wzorami współczesności, a tutaj chyba czas się zatrzymał po II wojnie światowej. Zajęliśmy stolik, kiedy podeszła do nas wesoła brunetka w fartuszku. Miała około 30 lat i uśmiechała się od ucha do ucha, jak wszyscy tutaj. Czułam się trochę jak w cyrku.
-Cześć, Kate- przywitał się mój towarzysz. Znał tutaj wszystkich pracowników.
-Witaj, Justin. Co Wam podać?- zapytała wyciągając ołówek z kieszeni białego fartuszka.
Przejrzałam menu i wybrałam sałatkę z brokułami, a Justin spaghetti. Kelnerka odeszła, by po chwili podać nam nasze zamówienia. W innej restauracji na posiłek czekałoby się 30 minut, ale nie tutaj. Wielki plus.
-Nigdy tutaj nie byłam- powiedziałam rozglądając się dookoła.
-Uwielbiam ten lokal. To jedyne miejsce, gdzie nikt się nie spieszy. Czas się zatrzymał i to jest świetne- powiedział upijając spory łyk napoju.
-Zabawne, dokładnie to samo pomyślałam.
Zabrałam się do jedzenia sałatki, kiedy poczułam, że ktoś mi się przygląda. Podniosłam głowę i napotkałam wzrok karmelowych oczu.
-Co? Mam coś na twarzy?- zapytałam czerwieniąc się jak burak.
-Nie, nic. No więc Victoria, co się stało, że przyjęłaś moje zaproszenie?
Odłożyłam sztućce, a Justin oparł brodę o swoje skrzyżowane na stoliku dłonie. Przyglądał mi się badawczo, ale uśmiech igrał na jego twarzy.
-Tak mnie prosiłeś. Żal mi się Ciebie zrobiło- powiedziałam z uśmiechem.
-Doprawdy?- zapytał nadal nie spuszczając ze mnie wzroku.
-A Ciebie co ku temu skłoniło?- zapytałam.
Justin wyraźnie się spiął. Zabrał  dłonie  z blatu stolika i wsadził je w kieszenie swojej bluzy. Nie mogłam odgadnąć jego wyrazu twarzy. Coś go gryzło. Oparł się z udawaną swobodą.
-Nie miałem żadnego konkretnego powodu, by Cię zaprosić. Jakoś tak wyszło. Jeżeli chcesz, możesz wyjść.
Na powrót przybrał minę niebezpiecznego gościa, za którą wcale nie tęskniłam. Patrzył na coś za mną, mocno zaciskając szczękę. Z trudem oparłam się pokusie, by się odwrócić. Jego wahania nastroju doprowadzały mnie do szału. W jednej chwili żartujemy, by po minucie Justin znów mnie wystraszył.

Chyba zobaczył szok w moich oczach, bo uśmiechnął się przepraszająco.
-Przepraszam, pewnie teraz masz w głowie tysiąc wyzwisk skierowanych do mnie, tak jak wtedy, na boisku.
-Nie, skąd- skłamałam.
Justin przewrócił oczami i na powrót rozluźniony, uśmiechnął się uroczo.
-Marny z Ciebie kłamca. Długo tu mieszkasz? Po raz pierwszy zobaczyłem Cię na tej feralnej imprezie, ale Twoją przyjaciółkę- tutaj Justin na ułamek sekundy się skrzywił- widziałem już wcześniej.
Od razu przed oczami stanęła mi scena sprzed dwóch tygodni. Pijany, nachalny chłopak, przeraż
enie w moich oczach, twarz Justina ratującego mnie z opresji. Gdyby nie on…
Zastanawiało mnie co nim wtedy kierowało. Skoro jest taki zły i niebezpieczny, nie powinien go interesować los jakiejś obcej dziewczyny.
-Mieszkam tu od zawsze- powiedziałam wracając do rzeczywistości.
Wzruszyłam ramionami, a Justin posłał mi zdziwione spojrzenie.
-Nie udzielam się towarzysko. To wszystko. Nie to, co Ty- kontynuowałam dłubiąc widelcem w sałatce.
-Co masz na myśli mówiąc „Nie to co Ty”?- zapytał unosząc brwi do góry.
-Jesteś na każdej imprezie. Oczywiście nie wyrzucam Ci tego. Jesteś w centrum uwagi, choćby na moich urodzinach. Gdybyś tylko słyszał późniejsze komentarze dziewczyn… Przy Tobie jestem zwykłą, szarą myszką.
Justin wyprostował się na krześle.
-No dobrze, może bywam w klubach, albo domówkach, ale nie dlatego, żeby się polansować- chciałam zaprotestować, ale Justin powstrzymał mnie przykładając mi palec do ust.
-Nie jestem tam z czystej przyjemności- kontynuował- mało o mnie wiesz. Nie chcę siedzieć w domu, chociaż szczerze, to na tych imprezach i tak nudzę się jak mops. Snuję się sam. Nie mam nikogo bliskiego. Nikt do tej pory mnie nie zainteresował. Trochę to chaotyczne, ale mam nadzieję, że zrozumiałaś.
Skończył i puścił mi perskie oko. Splótł nasze dłonie i poczułam, że rozpływam się pod jego dotykiem. Oniemiałam z wrażenia i dobrą minutę spoglądałam to na nasze dłonie, to na twarz Biebera. Nie wydawał się być ani trochę speszony. Czekał chyba na to, aż coś powiem.
-Skoro nikt nie jest Ci potrzebny, to co ja tutaj robię?- zapytałam z wyrzutem.
Poczułam się jak laleczka. Bawi się mną. Przygotowałam się więc na najgorsze.
-Czy ja coś takiego powiedziałem? Chyba muszę Ci coś wyjaśnić- odetchnął głęboko i po chwili na nowo zaczął swój monolog.
-Nie kleisz się do mnie jak reszta dziewczyn, nie schodzisz mi z drogi, idziesz przed siebie z uniesioną głową. Ja zawsze taki byłem! Wychodziłem poza linię i to jest niesamowite, bo czyni i Ciebie i mnie innymi. To mnie w Tobie urzekło.
Myślałam, że spadnę z krzesła. Czułam na sobie jego wyczekujące spojrzenie, ale co miałam odpowiedzieć? Jeżeli to, co powiedział przed chwilą, to prawda, to jestem w siódmym niebie. Nigdy jednak przede mną nie siedział ktoś, kto urodą dorównywał aniołom i mówił mi, że jestem wyjątkowa.
-Więc jestem inna. Od początku wiedziałam, że z moją głową coś jest nie tak. Ale i tak mnie zaskoczyłeś.
Rozluźniłam się, nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo byłam spięta.
Justin uśmiechnął się szeroko.
-Nie martw się, siebie też zaskoczyłem.
Justin spojrzał znacząco na moją prawie nietkniętą sałatkę, a ja na jego nieruszone spaghetti. Danie przed nim już dawno zrobiło się zimne. Był tak przejęty wyjaśnianiem swojego toku rozumowania, że go nie tknął. Odsunął od siebie talerz i przeczesał palcami swoją blond czuprynę. Wyglądało to trochę jak z reklamy odżywki do włosów.
Nie mogłam uwierzyć, że moje stosunki z nim tak bardzo się zmieniły. Jeszcze niedawno skakaliśmy sobie do gardeł,  a na dźwięk jego imienia dostawałam białej gorączki. No cóż, nie zawsze początki są kolorowe.
-Chodźmy- rzucił.
-Przecież dopiero co przyszliśmy. Nie chcę jeszcze wracać do domu- powiedziałam z miną zabieranego z placu zabaw dziecka.
Mój towarzysz zaśmiał się gardłowo i zawołał kelnerkę do stolika. Podeszła od razu  z nieopuszczającym ją uśmiechem.
-Podać Wam coś jeszcze?- zapytała melodyjnym sopranem.
-Tak właściwie to poprosimy rachunek- powiedział Justin.
Kelnerka, której na imię było Kate, podała nam rachunek, a Justin zapłacił mimo moich protestów. Ucieszyłam się, że mimo iż restauracja miała cudowny klimat, nie będę musiała oglądać więcej tych jak sądzę wymuszanych uśmiechów.


-Ślicznie Ci w tej bluzce. Wiem, oklepane zwłaszcza, że teraz masz na sobie płaszcz, ale w restauracji już to zauważyłem- powiedział, kiedy obok nas przechodziła jakaś para.
Siedzieliśmy na ławce w parku, z kubkami gorącej czekolady w dłoniach. Było dość chłodno, ale dzięki gorącemu napojowi, czułam przyjemne ciepło rozchodzące się od palców.
-Ja natomiast zauważyłam, że robisz się coraz bardziej rozgadany- rzekłam upijając spory łyk.
-Masz rację, przepraszam, ciągle tylko mówię nie mając na uwadze, co Ty masz do powiedzenia. Wybacz mi moje gapiostwo- odpowiedział drapiąc się po karku.
-Ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Lubię słuchać.
-To teraz ja chcę posłuchać Ciebie. Opowiedz mi coś o sobie- powiedział obracając się do mnie przodem.
Czułam na sobie jego palące spojrzenie, ale czułam też, że jesteśmy  centrum zainteresowania jakiejś grupy dziewczyn, ale nie z  mojego powodu.
Był taki przystojny. Jego karmelowe oczy, te spojrzenie, pełne usta. Powalał nie tylko urodą, ale też sprawiał wrażenie prawdziwego Bad boya. Te tatuaże, a te mięśnie. Na chwilę zapomniałam o tym, o czym rozmawialiśmy, zatracona w pożeraniu go wzrokiem.
-Może zrób zdjęcie. Zostanie na dłużej- powiedział śmiejąc się cicho.
Zarumieniłam się jak zwykle i odchrząknęłam.
-Chciałeś coś wiedzieć. Ale co?- zapytałam chowając twarz we włosach.
-Nie wiem, cokolwiek. Masz jakieś plany na przyszłość? Marzenia, hobby?
-Cóż, zawsze chciałam być cheerleaderką.
-Więc dlaczego nią nie jesteś?- zapytał strzelając palcami.
-Ugh, nie rób tak!- wydarłam się na niego jak wariatka.
-Ale jak?- zapytał. Wyraźnie zbiłam go z pantałyku.
-Strzelasz palcami- powiedziałam krzywiąc się.
Justin zrobił to jeszcze raz, a kiedy zasłoniłam sobie uszy dłońmi, zaczął się śmiać z mojej reakcji. Posłałam mu najbardziej nienawistne spojrzenie na jakie było mnie stać, a on dalej się śmiał.
-Ten dźwięk przyprawia mnie o gęsią skórkę. Jest taki… nawet nie wiem jak to opisać. Po prostu nie lubię tego.  Wiesz, że jeżeli będziesz tak robił, to na starość będziesz miał problemy ze stawami?- zapytałam krzyżując ramiona.
Minął nas samochód z opuszczonymi szybami i naszych uszu dobiegła głośna, hip-hopowa piosenka. Justin poczekał, aż samochód nas minie, bo i tak teraz nie usłyszałabym niczego, poza tekstem piosenki.
-Wiesz, że jeżeli będziesz paliła papierosy, to umrzesz na raka?- zapytał naśladując ton mojego głosu i ruchy.
Zaśmiałam się nerwowo, bo doskonale zdawałam sobie z tego sprawę.
-Sam palisz jak smok.
-Nieważne- powiedział wywracając oczami- No ale nie dokończyłaś mi, dlaczego nie realizujesz swojego marzenia jako piszcząca lalunia  z pomponami w rękach?
-Serio nie wiesz?- zapytałam unosząc brwi do góry zdziwiona.
Justin przekręcił przecząco głową i wzruszył ramionami, nie wiedząc o co mi chodzi.
-Ledwo chodzę nie potykając się co dwa metry. Jestem taką niezdarą! Zaskoczyłam samą siebie, że nie wywróciłam się na tej imprezie, przecież miałam na  nogach szpilki. A teraz wyobraź sobie mnie wykonującą piruety i inne skomplikowane ewolucje. Reszta dziewczyn, razem ze mną, wylądowałybyśmy przeze mnie w szpitalu.
Justin zgniótł w dłoni plastikowy kubek po czekoladzie i zaśmiał się głośno. Jakaś kobieta z wózkiem spojrzała na nas krytycznie. Pewnie bała się, że obudzimy jej dziecko.
Zauważyłam, że zarówno ja jak i Justin śmiejemy się i uśmiechamy nadzwyczaj często jak na jedno spotkanie.
-Przesadzasz- powiedział po ataku śmiechu.
-Wcale nie- powiedziałam oburzona, że śmieje się z mojej koordynacji ruchowej. 
-Widzę, że robi się coraz zimniej, a ja nie chcę, żebyś zachorowała. Jest już późno, a jutro czeka Cię szkoła. Chodź, odwiozę Cię.
Justin wstał i podał mi lewą dłoń. Do samochodu podążaliśmy trzymając się za ręce.
Całą drogę powrotną myślałam, że chyba to jest ten moment. Chłopak po randce odwozi mnie do domu. Co teraz mogło się zdarzyć? Tak  bardzo się stresowałam.
Kiedy  w końcu zaparkowaliśmy na mojej ulicy, a silnik zgasł zapadła między nami cisza przerywana tylko odgłosami z ulicy. Policzyłam do dziesięciu i zaczęłam się zbierać.
-Dziękuję Ci za dzisiaj i w ogóle za wszystko.
-Poczekaj- powiedział i odwróciłam się w jego stronę.
Pochylił się nade mną i widziałam w jego oczach, że podejmuje jakąś decyzję. Znieruchomiałam jak sparaliżowana, a wtedy on złożył na moim policzku mały, słodki pocałunek. Uśmiechnęłam się do siebie czując jego wargi. Trwało to zaledwie sekundę, a usta miał tak rozkosznie miękkie, że zapragnęłam, żeby pocałował mnie nie w policzek, ale w usta.
-Do zobaczenia- powiedział, a mnie owionął jego  zapach.
Wyszłam z samochodu i dopiero, kiedy stanęłam przed lustrem w swoim pokoju.  zdałam sobie sprawę, że cały czas chichotałam jak wariatka.


___________________________
tak, wiem, zabijecie mnie.
są ferie, wyjechałam, i po prostu nie miałam czasu ani możliwości, żeby dodać rozdział.

w końcu na randce, może nie jest jaka bombowa, ale zawsze.
liczę na to, że się spodoba.
kc was.
ale proszę komentarze <3

poniedziałek, 17 lutego 2014

6.

Powoli wybudzałam się ze snu i przeciągnęłam się leniwie. Gdy moja dłoń dotknęła satynowej pościeli, tak bardzo niepodobnej w dotyku do mojej, usiadłam raptownie, aż zakręciło mi się w głowie.
Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że nie jestem w moim pokoju. Leżałam na wielkim łóżku, przykryta jakąś drogą pościelą. Ściany dużego pokoju były w kolorze beżu, a na jednej z  nich wisiał obraz panoramy Nowego Jorku. Duże okno wpuszczało do środka światło poranka. W kącie leżała gitara, obok niej stała szafa z ciemnego drewna. Na fotelu dostrzegłam mój płaszcz i torebkę.
Spałam w domu Justina Biebera. Powoli przypominałam sobie wydarzenia ostatniej nocy. Impreza, taniec z Justinem, drinki z Megan. Ugh, co za wstyd, że się tak zalałam. Zdałam sobie sprawę, że powinnam bardziej przejmować się tym, że nie jestem w swoim domu, niż tym, ile wypiłam.
Strasznie bolała mnie głowa, i teraz wypiłabym 10 litrów wody. Wstałam powoli i zbliżyłam się do drzwi, kiedy one raptownie się otworzyły. Do pokoju wszedł jakiś chłopak. Czerwona jak burak poprawiłam sukienkę z wczorajszego wieczoru.
-Cześć?- zapytał chłopak stając naprzeciwko.
Jego ciemne włosy były w nieładzie, a na sobie miał coś w rodzaju piżamy. Chyba podobnie jak ja, dopiero wstał.
-Hej. Nie wiesz gdzie jest Justin?- zapytałam ochrypłym głosem, bo miałam wysuszone gardło.
-Przyszedłem, bo myślałem, że go tutaj zastanę. Nie chcę być wścibski, ale co Ty tutaj robisz?
W tej samej chwili usłyszałam jak do mieszkania wszedł ktoś jeszcze. Słyszałam brzęk kluczy i kroki w stronę pokoju.
-Ryan, wypad- powiedział Justin, na co odetchnęłam z ulgą.
Myślałam, że znowu ktoś wejdzie i zacznie się mi przyglądać, jakbym była jakąś kosmitką.
Drzwi zamknęły się za Justinem i stanął teraz patrząc prosto w moje oczy. Speszona spoglądałam wszędzie, tylko nie na niego.
-Przepraszam- powiedziałam.
-Za co?- zapytał zaskoczony.
Dopiero teraz tak naprawdę się mu przyjrzałam. Miał na sobie czarną bejsbolówkę, czarne spodnie i czarnego snapa. Cały na czarno. Ładnie mu tak.
Wskazałam na siebie dłońmi.
-Musiałeś mnie przenocować. Przepraszam i dziękuję, ale czy teraz mogę wrócić do domu?
-Jasne.
Zabrałam swoje rzeczy z fotela, odwróciłam się ostatni raz i wyszłam do przedpokoju, żeby się ubrać. Justin zabrał klucze i kurtkę, którą przed chwilą zdjął, żeby ponownie ją włożyć. Zamknął za nami drzwi i czekając na windę, staliśmy w niezręcznej ciszy.
-Jesteś zła?- zapytał głosem pełnym troski i ciekawości.
-Nie, nie jestem. Bardziej zła na siebie- odpowiedziałam wyciągając iPhone’a z torebki.
10 nieodebranych połączeń od Megan i taty. Świetnie, co ja im teraz powiem? Przede wszystkim jak się wytłumaczę tacie?
-Dlaczego? Przecież nic się nie stało.
-Co z tego, że pijana rzuciłam się na Ciebie i spałam u Ciebie  w łóżku, to nic takiego- powiedziałam wzruszając ramionami- A właśnie. Czy my…- nie dokończyłam licząc na to, że Bieber sam domyśli się o co mi chodzi.
Justin zachichotał wchodząc do windy.
-Spałem na kanapie, jeśli do tego pijesz- powiedział uśmiechając się łobuzersko. Ulżyło mi.
-Ładnie Ci w tej sukience- powiedział mierząc mnie wzrokiem i drapiąc się po karku.
Zarumieniłam się jak zwykle i rzuciłam coś w stylu podziękowań.

-No to jesteśmy- powiedział parkując na mojej ulicy.
Zabrałam płaszcz i torebkę z tylnego siedzenia, bąknęłam podziękowania i już miałam wychodzić, kiedy Justin zatrzymał mnie, łapiąc mnie za nadgarstki.
-Victoria- powiedział łagodnym tonem.
-Tak?- zapytałam odwracając się w jego stronę.
Byłam tak blisko niego, że  z łatwością widziałam pieprzyki na jego twarzy i plamki w jego dużych, karmelowych oczach.
-Podasz mi swój numer? Wiesz, tak na wszelki wypadek. Gdybyś nie miała gdzie przenocować lub coś w tym stylu- przy tym ostatnim łobuzersko się uśmiechnął.
Podałam mu numer telefonu i dziękując jeszcze raz, wysiadłam z porsche.
Weszłam po cichu do mieszkania, zdjęłam szpilki i na palcach udałam się do mojego pokoju, gdy drogę zagrodził mi mój tata.
-Dlaczego nie odbierałaś telefonu?- zapytał tonem surowego rodzica.
Już w samochodzie obmyśliłam sobie historyjkę na temat mojego pobytu poza domem.
-Nocowałam u Megan, a telefon miałam w torebce. Nie słyszałam, że dzwonisz- kłamałam ojcu prosto w oczy i źle się z tym czułam.
-Mogłaś napisać smsa, że nie wrócisz do domu.
Przewróciłam oczami poirytowana.
-Tato, to była moja impreza urodzinowa. Chyba nie będziesz mi teraz prawił kazań.
Wyminęłam go i ruszyłam do mojego pokoju. Rzuciłam rzeczy na łóżko i weszłam do łazienki. Kiedy spojrzałam na siebie w lustrze, aż się przestraszyłam. Moje włosy były potargane, korona zginęła wśród kołtunów. Oczy miałam podkrążone, a tusz się rozmazał. Długo zajęło mi same rozplątywanie włosów. W końcu udałam się pod prysznic. Gorąca woda rozluźniła moje napięte mięśnie, ale ból głowy tylko przybrał na sile.
Przebrałam się w świeże ubrania i usłyszałam, że dzwoni mój telefon. To Megan.
-Halo?- zapytałam niepewnym głosem.
-Opowiadaj!- krzyknęła mi prosto w ucho.
Opadłam na łóżko szykując się na przesłuchanie.

*Justin*
-Bieber, jestem pod wrażeniem. Co to za laska?- zapytał Ryan, kiedy wszedłem do mieszkania.
Stał w przedpokoju i opierał się nonszalancko o ścianę. Udałem, że go nie słyszałem i ruszyłem do kuchni. Z szafki wyciągnąłem paczkę Takis  i poszedłem do salonu.
-Głuchy jesteś?- zapytał.
-To koleżanka, upiła się na imprezie, więc ją przenocowałem. Coś jeszcze?- powiedziałem oglądając powtórkę meczu.
Ryan usiadł obok mnie i gapił się jak psychol. Boże, jest taki męczący. Udałem, że w ogóle nie przeszkadza mi jego obecność i odpaliłem papierosa. Wzrok przyjaciela wypalał mi dziurę w czaszce.
-Kurwa, Ryan! Wiem do czego zmierzasz. No dalej, zaczynaj.
Ryan zawsze urządzał coś w rodzaju małego przesłuchania. Setki głupich pytań.
-Jak ma na imię?- zapytał nie spuszczając ze mnie wzroku.
-Victoria.
-Masz jej numer?
-Mam- odpowiedziałem coraz bardziej zirytowany.
-Umówiliście się?- zapytał.
Odwróciłem się do niego i spojrzałem spod byka. Nic nie odpowiedziałem, tylko wstałem z kanapy i udałem się do kuchni po coś do picia. Ryan szedł tuż za mną.
-Zadzwoń do niej- namawiał mnie.
-Po co?
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi, Ryan otworzył i po chwili do mieszkania weszła Jennifer.
-Co jest grane?- zapytała wesoło.
-Nie uwierzysz co się stało. Wstałem rano i jak zwykle poszedłem do Biebera, a tam kto? Jakaś laska w sukience stoi przestraszona, jakby ktoś ją porwał. On nawet się z nią nie umówił.
Zignorowałem ich i poszedłem do pokoju. Rzuciłem się na łóżko, które wciąż pachniało damskimi perfumami. Połączenie lawendy i jakiś kwiatów. Może Ryan miał rację? Wyciągnąłem czarnego iPhone’a z kieszeni czarnych spodni i obracając go w dłoni, walczyłem sam ze sobą. Ta dziewczyna mnie intrygowała. Mądra, ładna, zabawna. Czego chcieć więcej? Odgrywałem w myślach coś w rodzaju sceny z Hamleta. Zadzwonić czy nie zadzwonić? Jestem głupi. Odpaliłem kolejnego papierosa i pomyślałem sobie, że skoro i tak skończę w piekle…
Wybrałem jej numer i trochę się denerwowałem, kiedy po trzecim sygnale nie odbierała. Moje obawy jednak zniknęły, gdy usłyszałem jej melodyjny głos.
-Halo?- zapytała niepewnie.
No dalej Bieber, teraz Twoja kolej.
-Cześć Victoria, tu Justin. Wiem, pewnie teraz przerwałem Ci odsypianie po wczoraj, ale  dzwonię, żeby zapytać, czy nie wyszłabyś gdzieś ze mną. Na pewno nie dzisiaj, bo pewnie jesteś nie do życia, ale może jutro?
Powiedziałem to jednym tchem, jakbym czytał z kartki.
-Za dużo informacji naraz. Głowa mi pęka. Możesz jeszcze raz, ale powoli?- zapytała, na co zaśmiałem się cicho.
-Wyjdziemy gdzieś jutro?
-W sumie czemu nie.
-O 3 będę po ciebie- powiedziałem uśmiechając się.
-To do jutra- rzuciła i się rozłączyła.
Poszło zadziwiająco dobrze. Może coś z tego będzie. Zerknąłem na zegarek, wskazywał piątą popołudniu. Mimo tego całego zamieszania z Victorią, nie mogłem zapominać, że mam obowiązki.
Zabrałem kurtkę i klucze i bez słowa w kierunku Ryana, wyszedłem. Gdy czekałem na windę, zadzwoniłem do Johna.
-Bieber, spóźniasz się- powiedział mocnym głosem.
-Zaraz będę.
Zjechałem windą na dół i szybkim krokiem poszedłem do porsche. Do Kawiarni, bo tak mówimy na miejsce naszych spotkań, dojechałem w 15  minut.
Był to motel Johna. W jednym z pokoi znajdowało się coś w rodzaju jego biura. Wszedłem do środka i od razu uderzył mnie silny odór stęchlizny. Dawno tu nie byłem, więc zapach podziałał na mnie ze zdwojoną siłą. Skrzywiłem się, ale kroczyłem dalej przez kłęby dymu papierosowego i nie tylko. Minąłem dwóch ochroniarzy i stanąłem za biurkiem szefa. Żaluzje były zasłonięte, więc światło wydobywało się tylko ze szczelin między nimi. Ze ścian odchodziła pożółkła tapeta, ale nikomu to nie przeszkadzało.
John to facet po 50-tce. Zajmuje się ułatwianiem nam, dilerom, towaru do sprzedania. Ma swoich ludzi chyba w całym Nowym Jorku, ja pracuję z nim od roku. Każdy jest przydzielony do określonego kręgu.
-Dzieciaku, już zaczynałem się denerwować. Miałeś być godzinę temu- powiedział monotonnym głosem, ale wiedziałem, że najchętniej rozkazałby swoim gorylom, żeby wgnietli mnie w ziemię.
-Ale jestem teraz. Miałem ważniejsze sprawy na głowie- powiedziałem zdejmując okulary przeciw słoneczne.
Na powrót przybrałem pozę twardego i niebezpiecznego gościa, z którym nie warto zadzierać, która przez Victorię trochę zmiękła.
-Bez pierdolenia. Gdzie jest forsa?- zapytał odpalając cygaro.
Podałem mu gruby plik pieniędzy, a on jak zwykle dał mi połowę z tego. Położył na biurku stos paczek z białym proszkiem.
-Masz tydzień- powiedział i obrócił się w stronę okna.
Zrozumiałem, że czas już na mnie i wyszedłem z hardą miną i wzrokiem utkwionym w drzwi.


_______________________________________________
Nareszcie się umówili! I są nawet Takis :3
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze, kochani jesteście.
Jak zwykle, czytasz- skomentuj.  

czwartek, 13 lutego 2014

5.

-Meg, wyglądam jak Księżniczka. Dziękuje Ci- powiedziałam przytulając mocno przyjaciółkę.
Nie mogłam uwierzyć, że odbicie w lustrze jest naprawdę moje. Długie blond włosy teraz wiły się na moich plecach poskręcane w zgrabne loki. Na głowie miałam koronę. Tak, koronę. Malinowa, rozkloszowana sukienka do kolan, z każdym moim ruchem kręciła  się jak baletnica. Nawet wysokie na 17cm szpilki mi nie przeszkadzały. Wszystko było idealne. Oczy błyszczały mi  z podekscytowania i uśmiechałam się szeroko do nowej, uroczej wersji mnie.
-Nie ma za co. Dzisiaj Twoje święto, musisz wyglądać najlepiej- powiedziała Megan zza moich pleców.
Odwróciłam się i zlustrowałam ją wzrokiem od stóp do głów. Czarna sukienka przylegała do jej szczupłego ciała. Brązowe włosy zgrabnie spięła w luźny aczkolwiek elegancki kok,  a na nogach miała podobne do moich, czarne szpilki. Bez względu na to, jak bardzo bym się starała, ona i tak biła mnie na głowę. Ale nie zamierzałam się tym teraz przejmować.
-Chodź już. Jason czeka na dole. Chyba nie chcesz się spóźnić na własne przyjęcie- powiedziała zabierając z mojego łóżka płaszcz i kopertówkę.
Nic nie odpowiedziałam, tylko zabierając swoje rzeczy ruszyłam jej śladem. „Własne przyjęcie”- te słowa jak echo dudniły w  mojej głowie. Im bliżej było do imprezy tym bardziej się stresowałam. A co będzie jeżeli wpadnę głową w tort, albo wywrócę się na parkiecie? Jestem okropną niezdarą, więc to jest jak najbardziej prawdopodobne.
Tato już wcześniej życzył mi udanej imprezy, bo musiał jechać do straży. Okropnie jest balować ze świadomością, że tata ciężko pracuje, ale nic nie mogłam na to poradzić.
Zjechałyśmy na dół windą czując na sobie ciekawskie spojrzenia podstarzałych sąsiadek. Czułam się bardzo skrępowana. Kiedy podeszłyśmy do samochodu Megan, bo Jason swój popsuł, przyjaciel zamknął mnie  w niedźwiedzim uścisku, tak, jakbyśmy nie widzieli się od wieków. Odwzajemniłam uścisk czując woń perfum.
-Zostaw ją! Wiesz ile pracowałam nad TYM?- zapytała oburzona przyjaciółka wymachując rękoma jak histeryczka.
Jason zaśmiał się nic sobie nie robiąc z uwag dziewczyny.
-Wyglądasz ślicznie- szepnął mi do ucha.
Poczułam się… dziwnie. Megan i Jason nie rozmawiają ze sobą od kilku dni. Nawet nie wiem dlaczego. Za każdym razem, gdy próbowałam poruszyć ten temat rozmawiając z przyjaciółką, ona tylko prychała sfrustrowana. Wyczułam, że to drażliwy temat, więc postanowiłam się w to nie mieszać. Niby rozmawiają ze sobą tak jak zawsze, ale zamiast powiedzieć swojej dziewczynie, że wygląda świetnie (bo tak jest), mówi to mi. Poczułam się tak, jakbym kopnęła Megan w brzuch. Odsunęłam się od niego szybko, uśmiechając się nerwowo.
-Jedziemy?- zapytałam, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do klubu i nie stresować się tak bardzo. Bo przecież nie ma czym, prawda?


Około 20 minut później parkowaliśmy pod klubem. Byłam za to bardzo wdzięczna mojemu tacie, bo to on wszystko załatwiał.
Wysiadłam szybko, czując jak chłodne październikowe powietrze bawi się moimi włosami. Ludzie już zbierali się w środku i słychać było głośną muzykę. Wciągnęłam powietrze nosem i mocno wypuściłam ustami, próbując się trochę uspokoić.
-No to wchodzimy- powiedziała Megan, ściskając mnie za ramiona.
Weszłam i od razu dyskotekowy reflektor poraził mnie w oczy. Słyszałam, że wraz z moim nadejściem muzyka ucichła i DJ ogłosił moje przybycie. Później wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy siedziałam wygodnie na czerwonej kanapie wraz z Laurą popijając szampana. Ludzie składali mi życzenia, śpiewali „sto lat” i zdmuchnęłam świeczki życząc sobie, żebym nie narobiła sobie wstydu przed tyloma znajomymi.
Szampan mnie rozluźnił i już zupełnie nie czułam się zestresowana.
-Świetna ta korona. Wyglądasz jak Księżniczka- oznajmiła mi Laura.
-Wiesz, że jakąś godzinę temu powiedziałam to samo?
Laura zachichotała znad napoju z bąbelkami. Z dużym kieliszkiem w ręku i w swoim stroju wyglądała jak arystokratka. Czerwona sukienka podobnie jak u Megan opinała jej ciało, a czarne i proste jak struny włosy opadały swobodnie na ramiona. Do tego czerwona szminka.
-Wyglądasz jak arystokratka.
Wypowiedziałam na głos moje myśli, a Laura zrobiła przerażoną minę.
-Ten strój mnie postarza? Wyglądam jak moja matka?- zapytała z przerażeniem w oczach.
-Nie wyglądasz jak Twoja matka- powiedziałam ze śmiechem.
Koło naszej kanapy przeszły jakieś dwie dziewczyny chichocząc, potem następne. Nie wiedziałam o co chodzi. Ale po chwili go zobaczyłam.
Kroczył w moją stronę, a tuż za nim Jason. Jego włosy jak zwykle nienagannie ułożone, a na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Czarne rurki luźno opuścił na dół, czarna marynarka świetnie na nim leżała, a pod nią miał białą bokserkę, która opinała jego klatkę piersiową. Podwinął rękawy marynarki do łokcia, więc widziałam jego tatuaże na lewej ręce.
-Patrz- powiedziała do mnie Laura dyskretnie.
-Widzę- odpowiedziałam i mimowolnie wydałam z siebie ciche westchnienie, na co ona zachichotała.
Już zupełnie zapomniałam o tym, że byłam na niego zła. W końcu stanęli naprzeciwko nas, a ja nie wiedzieć dlaczego wstałam z miejsca. Wyglądało to tak, jakbym witała go z otwartymi ramionami, gotowa oddać mu moje serce. Wiem, oklepany tekst.
-Cześć- odezwał się pierwszy zdejmując okulary. Jego głos był kojącą melodią dla moich uszu.
-Cześć- odpowiedziałam najłagodniej jak potrafiłam, co mnie zaskoczyło.
-Laura, chodź do nas. Megan na Ciebie czeka- powiedział znacząco Jason.
Przyjaciółka spojrzała na mnie  z niedowierzaniem w oczach i odeszła.

*Justin*
Wyglądała przepięknie. Nie mogłem się na nią napatrzeć. Korona dodawała jej uroku i te wielkie, błyszczące oczy. Widząc, ze pożeram ją wzrokiem, spłonęła rumieńcem. Sekundy mijały, a my staliśmy gapiąc się na siebie, jakbyśmy próbowali zatrzymać ten widok na zawsze. Przynajmniej z mojej strony tak to wyglądało.
Bieber, weź się w garść- podpowiedział mi głos z tyłu głowy.
-Wszystkiego najlepszego- powiedziałem z braku pomysłu.
Podałem jej mały prezent, a ona usiadła trzymając go w dłoniach. Usiadłem obok.
-Jak się tu w ogóle dostałeś?- zapytała patrząc na prezent.
Podrapałem się w kark, nie wiedząc czy mogę wsypać kumpla. Z drugiej strony i tak go ze mną widziała.
-Jason mnie wprowadził- powiedziałem uśmiechając się głupio.
-Mogłam się tego domyśleć.
-Nie otworzysz?- zapytałem patrząc znacząco na prezent.
Victoria wzruszyła ramionami i zaczęła rozpakowywać prezent, ale marnie jej szło. Zabrałem od niej prezent, a kiedy nasze dłonie się dotknęły, ona wycofała się szybko, czerwieniąc się. Nie wiem dlaczego to dla niej taki problem.
Zerwałem papier dekoracyjny, nad którym nawiasem mówiąc męczyłem się dobrą godzinę i podałem jej małe pudełeczko. Otworzyła je i wzięła srebrną bransoletkę między palce.
-Um, dziękuję- powiedziała.
Wiedziałem, że to beznadziejny prezent, ale kiedy zapytałem się Jennifer, co mógłbym kupić znajomej na urodziny, doradziła mi to.
-Nie podoba Ci się?- zapytałem zrezygnowany. Raczej to stwierdziłem.
-Justin, nie o to chodzi. Jest piękna, tylko… bardziej spodziewałabym się bomby. Wiesz, po naszym ostatnim spotkaniu, nie liczyłam, że w ogóle się jeszcze spotkamy. Nie byliśmy wobec siebie… uprzejmi. Nie wiem skąd ta zmiana. I co ona oznacza, chyba mnie rozumiesz- powiedziała patrząc w czubki swoich butów.
Totalnie mnie zaskoczyła. Ale wszystko co powiedziała to prawda. Musiałem zadać sobie pytanie po co tu tak właściwie przyszedłem. Długo zastanawiałem się nad swoim życiem. Nie mam żadnych planów, ambicji, jedyne co robię to sprzedawanie dragów, albo udawanie jaki jestem zły i niebezpieczny. Stwierdziłem, że jeżeli dalej będę się tak zachowywał, zostanę sam. Ja i ćpuny. Bez sensu. A Victoria? To znajoma.
-Wiem, zachowywałem się jak totalny dupek, ale taki już jestem. Przepraszam, jeżeli kiedykolwiek Cię obraziłem. Możemy zacząć jeszcze raz?
Teraz zaskoczyłem sam siebie. I co jeszcze zrobię? Może bukiet róż jej kupię? Robię się miękki jak masło.
-Tak, czemu nie- na twarzy Victorii malował się wielki uśmiech, a ja również się uśmiechnąłem.
Piosenka zmieniła się na balladę, a Victoria aż podskoczyła.
-Jeju, uwielbiam ten kawałek- powiedziała kołysząc się w rytm.
Wstałem i wyciągnąłem lewą dłoń w jej stronę.
-Zatańczysz?- zapytałem?
-Nie wiem czy to dobry pomysł. Szczerze mówiąc nie umiem tańczyć.
-W tańcu wszystko zależy do tego, jak prowadzi partner.
Przekonałem ją i ruszyliśmy w stronę parkietu. Stanęliśmy na środku i czułem na sobie wzrok jej koleżanki. Chwyciłem Viktorię w talii i zaczęliśmy bujać się w takt piosenki. Krok w lewo, krok w prawo, krok w tył, krok w przód. I tak cały czas. Widziałem, że cały czas patrzy na swoje buty, żeby się nie przewrócić.
-Spokojnie- powiedziałem.
Uśmiechnęła się, ale i tak po chwili znów jej wzrok spadł na stopy.
Tańczyliśmy dobrą godzinę, aż w końcu Victoria poddała się czując ból w palcach.
-Chcesz się czegoś napić?- zapytałem.
Zanim zdążyła mi odpowiedzieć podbiegła do niej dziewczyna Jasona (jej imię wyleciało mi z głowy). Piszczała coś jak zwykle zabierając Victorię ode mnie. Dziewczyna odwróciła się jeszcze uśmiechając się przepraszająco, a ja ruszyłem w stronę wyjścia, żeby zapalić papierosa.

*Victoria*
-Co Ty u licha wyprawiasz?- zapytałam Megan, kiedy ciągnęła mnie w stronę baru.
-No jak to co? Ratuję Cię-  powiedziała.
Usiadłyśmy przed barem, zamawiając drinki. Spojrzałam na nią zszokowana. O co jej chodziło?
-Ratujesz mnie? Przed czym?
Spojrzała na mnie jak na wariatkę i wyjaśniła mi, że widziała mnie z Bieberem i postanowiła działać, tyle, że ta pomoc nie była w ogóle potrzebna. Dobrze się z nim bawiłam, a ona zabrała mnie z jego objęć, jakby chciał mnie zgwałcić.
-Dobrze się czujesz? Jeszcze parę dni temu go nienawidziłaś, a teraz spokojnie z nim tańczysz? Odbiło Ci, Vic?
- Jejku, to było dawno- powiedziałam uśmiechając się.
-Jak chcesz. Ale chyba teraz do niego nie wrócisz. Wyjdziesz na desperatkę.
No pewnie, że nie- powiedziałam popijając drinka.
Siedziałyśmy tak pijąc drinki jeden za drugim i rozmawiając, kto jest w co ubrany, albo z kim tańczy. Na własnej imprezie urodzinowej. Czemu nie.
Oznajmiłam Megan, że idę do łazienki, ale kiedy wstałam, od razu zatoczyłam się do tyłu. W głowie mi szumiało i czułam, że już dosyć alkoholu jak na jedną noc. Przyjaciółka chichotała i zorientowałam się, że też jest wstawiona. Załapałam od niej głupawkę i śmiałam się jak wariatka. Nagle ktoś złapał mnie za ramiona i poczułam zapach tak dobrze znanych mi perfum.
-Nic Ci nie jest?
Odwróciłam się i zauważyłam, że to Jason. Stał z zatroskaną miną i obserwował nas bacznie.
-Nie, wszystko okej. Chyba po prostu za dużo z Meg wypiłyśmy.
Język mi się plątał. Odwróciłam się w stronę sof i zauważyłam, że Justin gaworzy sobie z Mią. Boże, jak ja tej dziewczyny nie cierpiałam. Zawsze znalazła powód, by mnie ośmieszyć, a teraz gdy zobaczyłam, że spokojnie flirtuje sobie z Justinem, nie wytrzymałam i wymierzyłam cios w klatkę piersiową Jasona. Cofnął się zaskoczony.
-A to za co?- zapytał zszokowany naszym zachowaniem. Zwykle tyle nie piłyśmy.
-Co ta szmata robi z Bieberem?
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ruszyłam chwiejnym krokiem w ich kierunku. Nie przemyślałam tego, ale teraz nie mogłam się już wycofać. Postanowiłam zadziałać jakoś  w tej sprawie. Mia na moich oczach robi ze mnie pośmiewisko.
Stanęłam przed nimi kiwając się. Udawałam, że to w rytm muzyki.
-Justin, mogę Cię na chwilkę?- zapytałam najbardziej uwodzicielskim głosem na jaki było mnie stać. Ale zważając na to, że byłam pijana, nie poszło mi najlepiej. Mimo to, Justin wstał, pożegnał się z Mią i prowadził mnie w stronę wyjścia.
-Co jest grane?- przyjrzał mi się uważnie- Victoria, jesteś kompletnie zalana!
Oburzyłam się, ale miał rację. Nadal kręciło mi się w głowie, chodziłam jak kaleka, a najchętniej poszłabym spać.
Stanęliśmy przed tylnym wejściem i z torebki wyciągnęłam pierwszego dzisiaj papierosa. Odpaliłam, zaciągnęłam się mocno i poczułam, że to tyle. Przechyliłam się w stronę Justina, a on w porę złapał mnie mocno.
-Odwieźć Cię do domu?- zapytał zatroskany.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć, tylko kiwnęłam głową, zgadzając się.
Justin posadził mnie na tylnym siedzeniu swojego samochodu i oznajmił, że powie tylko Jasonowi, że dla mnie to koniec imprezy. Zawiózł mnie w nieznane mi miejsce.
-Gdzie jesteśmy?- zapytałam wysiadając półprzytomna.
-Dzisiaj prześpisz się u mnie, chyba nie spodziewałaś się, że w takim stanie wrócisz do domu.
Nie miałam już żadnych pytań. Oparłam się o jego ramię,  a raczej położyłam się na nim i zasnęłam przed blokiem.


_____________________
boze, dodaje ten rozdział w szkole,ale nie mogłam się doczekać. 
dziekuje wszystkim, ktorzy to czytaja. 
jak zwykle. czytasz- skomentuj.