wtorek, 28 stycznia 2014

3.

-Po co jedziemy wszyscy razem? Teraz!?- zapytałam siedząc rozdrażniona na tylnym siedzeniu chevroleta Megan.
-A dlaczego nie? Zaoszczędzisz na paliwie- odpowiedziała mi, kiedy Jason wyjeżdżał zza naszej ulicy.
-Bo oni będą się rozgrzewać? A my jak głupie będziemy tam siedziały.
-Ja będę miała na co popatrzeć- powiedziała patrząc na mojego przyjaciela, a on obdarzył ją pocałunkiem.
Postanowiłam się nie kłócić, bo z Megan i tak nie wygram. Siedziałam tam z obrażona miną i pisałam smsa do Laury, żeby przyjechała, kiedy stanęliśmy na czerwonym świetle i usłyszałam jakieś dziwne dźwięki. To moi przyjaciele całowali się tak, jakby od wieków się nie widzieli. Ohyda.
-Nigdy więcej z wami nie jadę. Może wolicie przesiąść się na tył, a ja poprowadzę? Bo jak Jason uderzy w drzewo, bo zapatrzyliście się sobie w oczy, to nie będzie moja wina.
-Co taka nerwowa jesteś, Victoria?- zapytał przyjaciel sprawnie wymijając samochody jeden za drugim.
-Nie wyspałam się, mam jutro sprawdzian, a muszę siedzieć na tych zimnych ławkach, oglądając kilkunastu spoconych matołów, oprócz Ciebie, Jason- wytłumaczyłam mu.
Naprawdę nie miałam ochoty tam jechać, ale Megan nie dałaby mi żyć i znowu wygłosiłaby swoją przemowę, żeby czerpała z życia jak najwięcej. Wolałam oszczędzić sobie tortur w tej postaci.
-Okres- powiedziała do swojego chłopaka.
-Mhm, rozumiem. Może sobie zapalisz?- zaproponował patrząc na mnie przez tylne lusterko.
-O nie, nie w moim samochodzie- zaprotestowała Megan kręcąc głową.
-A więc wy możecie pluć śliną na tapicerkę w czasie jazdy, a ja nie mogę zapalić papierosa? Mam to gdzieś- powiedziałam wyciągając z torebki papierosa i zapalniczkę.
Już nikt nie odważył się odezwać  w czasie jazdy przez moje zdenerwowanie, więc na boisko dotarliśmy w ciszy. Kiedy wyszliśmy z samochodu, Jason podbiegł do reszty chłopaków i rozpoczęli rozgrzewkę, a ja i Megan usiadłyśmy na ławce, obserwując ich.
-Zamierzasz się do mnie odezwać?- zagadnęłam do niej.
-Nie wiem, czy kiedy się odezwę, nie nawrzeszczysz na mnie.
-Przepraszam, Meg- powiedziałam ze skruchą i ją przytuliłam, a ona odwzajemniła uścisk.
Kiedy tak siedziałyśmy plotkując, usłyszałam głośny ryk samochodu i jakiś chłopak zdecydowanym krokiem wszedł na boisko. Szedł odwrócony do nas tyłem, ale coś mi mówiło, że znam tego gościa. Ściągnął czarnego snapa i bluzę, a ja dostrzegłam tatuaże na jego lewej ręce i byłam niemal pewna, że to mój wybawca z imprezy się pojawił.
Kiedy odwrócił się w naszą stronę i mnie dostrzegł, posłał mi najbardziej tajemnicze spojrzenie na świecie. Nie wiedziałam czy powinnam mu kibicować, czy uciec z okrzykiem przerażenia. Spuściłam wzrok i patrzyłam się na moje czarne vansy, dopóki nie usłyszałam, że rozpoczęli grę.
-Co Ty mu zrobiłaś? Gapił się, jakby miał ochotę Cię porwać- powiedziała do mnie Megan.
-Nic! Już na imprezie prawie umarłam ze strachu, kiedy z nim rozmawiałam. On jest dziwny.
-Bieber to trudny gość. Jak podeszłam kiedyś do niego i Jasona wydobywał z siebie tylko jakieś pomruki. Ale warunki ma niezłe- stwierdziła przyjaciółka.
Już myślałam, że tylko wobec mnie jest taki oschły. A może moja rodzina była wplątana w jakąś mafię i mój pradziadek zabił jego pradziadka? Oglądam za dużo „Rodziny Soprano”.
-Masz rację. Całkiem przystojny jest- przyznałam niepewnie w obawie, że nas usłyszy, a wtedy na pewno mnie porwie i zabije.
-Pewnie jest ukrytym gejem. Zawsze jak chłopak jest jakiś dziwny w stosunku do dziewczyn, to jest gejem
-Przestań! Przez Ciebie będę tak o nim myśleć! Ugh, jesteś beznadziejna.
-No co? Może tak być! Tylko Cię ostrzegam, bo jak zakochasz się w geju, to już po Tobie. Pamiętasz tego aktora ze „Skazany na śmierć”? Tak go uwielbiałam! A kiedy wydało się, że woli mężczyzn, mój świat legł w gruzach.

–Tak, pamiętam jak przeżywałaś to przez miesiąc.
-Bo to tragedia! Nie życzę Ci takiego losu. Możemy się modlić o to, żeby Bieber był hetero- powiedziała łapiąc mnie za rękę.
-Przecież nie wierzę w Boga- powiedziałam unosząc brwi do góry.
-O to też będziemy się modlić. Brawo, Kochanie!- krzyknęła Meg, bo Jason trafił właśnie za 3 punkty. Czy jakoś tak. Nie znam się na sporcie.
Minęła godzina, a Jason na zmianę z Justinem zdobywali punkty jeden za drugim.. Byli naprawdę dobrzy. Megan co chwilę popychała mnie łokciem pokazując na grającego Biebera. Ja traktowałam go jak znajomego, nic więcej, ale moja przyjaciółka myślała inaczej.
-To przeznaczenie.
-Sama jesteś przeznaczenie. Przestań gadać, błagam.
-Już jestem cicho- powiedziała, kiedy zakończył się mecz.
Podbiegła do spoconego Jasona starając się jak tylko mogła, by go nie dotykać. On miał to gdzieś i mocno ją przytulił, mimowolnie wycierając się o nią. Usłyszałam jej piski i śmiech Jasona. Zazdrościłam im, ale nigdy się do tego nie przyznam.
Kiedy tak czekałam na moich przyjaciół, niespodziewanie podszedł do mnie Justin. Speszona przyglądałam się swoim butom, dopóki się nie odezwał.
-Co tutaj robisz?- zapytał oskarżycielskim tonem, jakbym go śledziła. Bez przesady.
-Przyjechałam pokibicować Jasonowi. Jakiś problem?- zapytałam przybierając taki sam ton jak on. Chyba się nie zaprzyjaźnimy, jeśli będziemy się tak do siebie odzywać.
-Żaden. Myślałem, że uciekniesz z płaczem jak mnie zobaczyłaś- powiedział z małym uśmieszkiem zakładając okulary przeciwsłoneczne i czapkę, przedtem mierzwiąc włosy lewą dłonią.
Spłonęłam rumieńcem i nic nie odpowiedziałam. Spojrzałam w stronę Megan i zauważyłam, że bacznie mnie obserwuje. To niczemu nie pomagało.
-Posłuchaj, to nie jest tak, że Cię śledzę i obserwuję na każdym kroku.
Bieber zaśmiał się głośno, a ja spojrzałam na niego nienawistnym wzrokiem.
-Shawty, ja o nic takiego Cię nie oskarżam. Chyba sobie coś wmawiasz, ale skoro tak głupio się tłumaczysz, to coś jest na rzeczy, racja?
-Nie będę słuchać tych bredni- powiedziałam wstając z ławki.
-Poczekaj!- krzyknął za mną, gdy szłam do Jasona i Megan.
Kiedy nie zareagowałam, on zaśmiał się tak, jakby wygrał. Podeszłam do nich zdenerwowana, a przyjaciółka usiadła ze mną na innej ławce, żebym mogła spokojnie odpalić papierosa.
-Pojeb- zdążyłam powiedzieć do siebie, zanim wyciągnęłam paczkę z torebki.
-Stary, co Ty robisz!?- krzyknął Jason do Biebera, rozkładając ręce.
-Ja!? Nic. To ona jest jakaś wybuchowa!- odkrzyknął z drugiego końca boiska.
Bieber szedł w naszym kierunku leniwym krokiem, uśmiechając się pod nosem.
-Meg, jeźdźcie już. Pogadam z nim i wezmę taksówkę- powiedziałam.
-Na pewno?- zapytała z troską w głosie.
Kiwnęłam głową, a ona wzięła Jasona pod rękę i wsiedli do samochodu, zanim Justin zdążył do mnie podejść. Byłam tak zdenerwowana, że gdyby teraz naprawdę mnie zdenerwował zgasiłabym  papierosa na jego czole.
-Czego chcesz?- warknęłam na niego.
-Posłuchaj, nie będę Cię przepraszał, bo nie mam za co. Jeżeli nie pasuje Ci to, jaki jestem, trudno, i tak się nie zmienię. Robię to tylko ze względu na to, że Jason nie da mi żyć, gdybym z Tobą nie porozmawiał- powiedział wzruszając ramionami.
-Nie musisz się zmieniać, bo nie jesteś dla mnie nikim wyjątkowym. Nawet nie wiem dlaczego JA z Tobą rozmawiam.
-O nie, odtrącasz mnie?- zapytał łapiąc się za serce i udając, że go to ruszyło.
-Jesteś stuknięty.
Rzuciłam niedopałka na ziemię i przydeptałam go butem. Szkoda, że nie zgasiłam go na tej jego idealnej twarzy.
-Jakiś problem?- zapytał znowu śmiertelnie poważny. Miał wahania nastroju jak kobieta w ciąży.
-A jak tak, to co? To jest Twój sposób na podryw? Wzbudzanie w dziewczynie strachu?
-To nie jest żaden sposób na podryw. Mógłbym mieć masę dziewczyn na zawołanie.
-I co jeszcze?- zapytałam poirytowana.
-Nie igraj ze mną. Jestem bardziej niebezpieczny niż możesz to sobie wyobrazić. Mógłbym teraz wyciągnąć spluwę i siłą zmusić Cię do tego, żebyś nie grała przede mną takiej pewnej siebie, bo w piątek wcale taka nie byłaś.
Kurwa, jak on mnie denerwuje. Nie wiem co chce osiągnąć takimi gadkami, ale nie działa. Mam ochotę strzelić mu w twarz i odejść, bo jest jakimś zarozumiałym dupkiem. Justin Bieber- niebezpieczny chłopiec. I co? Mam sobie zrobić jego ołtarzyk w pokoju, albo maślane oczy na jego widok? Prędzej zostanę masochistką niż on zrobi na mnie jakieś wrażenie, bo on z każdą kolejną minutą coraz bardziej mnie drażni.
-Mam się bać? Ups, ten Twój zły świat nie robi na mnie wrażenia.
-Wiesz co shawty? Czuję, że się zakumulujemy.
Teraz doznałam szoku. Niby skąd ten pomysł? Oboje jesteśmy wobec siebie chamscy, sarkastyczni, a on mi tu z przyjaźnią wyskakuje?
-Wiesz co, Justin? Jakoś nie wydaje mi się. Zwykle nie przyjaźnie się z ludźmi, którzy grożą mi spluwą-  powiedziałam gapiąc się na niego jak na idiotę.
-Ja nie gadałbym z Tobą dłużej niż pół minuty gdybym nie wierzył w moc naszej przyjaźni.
-Ha ha, bardzo śmieszne. Dzwonię po taksówkę- powiedziałam wyciągając iPhone’a z torebki. 
Bieber powstrzymał mnie dłońmi. Spojrzałam na niego mocno zdziwiona,  a on wstał zakładając bluzę.
-Odwiozę Cię- zaproponował.
-Nie, dzięki. Poradzę sobie bez Twojej podwózki.
-Taksówkarze są niebezpieczni- powiedział poważnym tonem.
-Przestań powtarzać co jest bezpieczne, a co nie, ok.? Nie mam 10 lat, a poza tym sam o sobie mówiłeś, że jesteś bardziej niebezpieczny, niż mogę to sobie wyobrazić. Zaryzykuję i wezmę taksówkę.
-Skoro tak chcesz. Do zobaczenia- rzucił odchodząc.
-Chyba w piekle- powiedziałam, a on zaśmiał się głośno.
Ten koleś jest mocno  stuknięty. Może i jest przystojny, ale jego charakterek jest nie do zniesienia. Nie zamierzałam tracić na niego więcej czasu.
Kiedy wybierałam numer po taksówkę, zadzwonił do mnie Jason.
-Halo?
-Victoria? Wezmę auto od mamy. Poczekaj, za 10 minut będę.
Za obiecane 10 minut był pod boiskiem. Wsiadłam do samochodu, a Jason wyglądał tak, jakby zaraz miał dostać zawału.
-Spokojnie, Jason- powiedziałam.
- Nic Ci nie jest?- zapytał z troską w głosie.
-Nie, nic. Ale nie licz na to, że jeszcze przyjdę na trening, albo mecz. Nigdy.

środa, 1 stycznia 2014

2.

-Hej, Victoria-powiedział Jason wsiadając do mojego samochodu w poniedziałkowy ranek.
Jego samochód się popsuł, więc w drodze do szkoły to ja byłam jego szoferem, a do domu Megan. Nie robiło mi to żadnej różnicy, bo mieszkał w sąsiednim bloku.
-Co tam?- zapytała odpalając papierosa.
Wiem, że papieros źle wygląda w dłoni dziewczyny, ale z nałogiem nie wygram.
-Spoko, dlaczego wczoraj nie pojawiłaś się na meczu? Megan na Ciebie czekała.
-Wiem, ale dzisiaj mam mega ważny sprawdzian z francuskiego. Wybaczcie- powiedziałąm ze skruchą.
Naprawdę chciałam przyjść, ale całą sobotę odsypiałam po imprezie, więc wczorajszy dzień musiałam poświęcić na naukę.
-Okej, odbijemy to następnym razem.
-Jason, mam do Ciebie pytanie- powiedziałam niepewnie, bębniąc palcami w kierownicę.
-No co jest, Vic?- zapytał przeglądając płyty z piosenkami Katy Perry i Chrisa Browna.
-Skąd znasz Justina?
Wczoraj prawie w ogóle nie mogłam się skupić na francuskim, bo przed oczami cały czas miałam jego karmelowe spojrzenie. Wiem, że w piątek prawie umarłam ze strachu, ale po przespanej nocy stwierdziłam, że słodko przedstawił się jako niegrzeczny, zły i zepsuty chłopiec. No co? Każda ma do takich słabość.
-Gram z nim czasem w kosza, ale, że Ty zawsze się czymś wykręcałaś, to nigdy go nie poznałaś. Aż do imprezy. Tylko Victoria, nie rób sobie nadziei. On jest skomplikowany- powiedział nadal nie odrywając wzroku od mojej kolekcji CD.
-Co?- zapytałam piskliwym głosem czerwieniąc się po same uszy- Nie robię sobie żadnych nadziei. Po prostu zdziwiło mnie, że go znacie,  a ja go nigdy na oczy nie widziałam.
-Skoro tak mówisz- powiedział Jason wzruszając ramionami.
-Za 2 tygodnie robię imprezę, rozumiem, że będziesz. Z prezentem, oczywiście- powiedziałam uśmiechając się do niego.
-Mnie miałoby zabraknąć? A o prezent się nie martw. Moja mała Victoria kończy już 17 lat, nie mogę w to uwierzyć- powiedział udając mojego tatę.
Roześmiałam zagłuszając muzykę w tle.
Zaparkowaliśmy obok czekającej na nas Megan. Stała opierając się o swojego chevroleta i uśmiechała się na nasz widok.
-Nie było Cię- powiedziała do mnie oskarżycielsko, kiedy wysiedliśmy z samochodu.
Zabrałam torbę z tylnego siedzenia i ruszyłam się z nią przywitać.
-Zakuwała do francuza- wytłumaczył mnie przyjaciel.
Megan posłała mi spojrzenie w stylu jasne, ale nic nie powiedziała, tylko przytuliła mnie, a Jasona czule pocałowała jak zawsze. Kroczyliśmy do szkoły, ja trochę z przodu,  a oni za mną trzymając się za ręce.

-Słyszałam, że Blend się na Ciebie rzucał- powiedziała Laura na lekcji biologii.
Chwilę zajęło mi zestawienie, że to ten nachalny brunet z imprezy. O fu, chciałabym wyrzucić ten incydent z pamięci.
-Trochę się czepiał- powiedziałam krótko.
-Kto Cię uratował z jego   macek? Podobno jakieś mega ciacho.
-Kto ciągle gada na ten temat?- zapytałam rozdrażniona, że muszę sobie o tym przypominać.
-Wiesz, że Mia nie przepuściłaby żadnej szansy dla świeżych plotek.
-Boże, Laura, nie słuchaj jej. Po prostu jakiś koleś go przepędził. Nawet go nie znam. Rozmawiałam z nim chwilę, to wszystko.
Wiem, że Laura tak samo jak Mia kocha plotki i nie odpuściłaby mi, gdybym jej nie powiedziała. Nowy Jork to miasto pełne plotkarzy, serio. Tutaj, a przynajmniej w tym liceum, nie można być anonimowym i nieobgadanym przez chmarę ciekawskich osób. Laura też do nich należała, ale nie winię jej za to. Taka już jest.
-Wymieniliście się numerami?- zapytała dalej drążąc temat.
-Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i upada Ci torebka. Jakiś chłopak Ci ją podaje, dziękujesz mu, chwilę rozmawiacie i każdy idzie w swoją stronę. Pobiegłabyś za nim i spytała o numer telefonu?- zapytałam poirytowana.
-Jakby był w moim typie, to dlaczego nie?
-No i właśnie w tym się różnimy.
-Pewnie ma dziewczynę…
-Kurwa, daj już spokój. Ja o tym tak nie rozmyślam jak Ty. Było, minęło. Sprawa zamknięta.
-Dobra, już nic nie mówię- powiedziała szeptem, bo Pan Jones rozpoczął lekcję.
Omawialiśmy właśnie genetykę, ale to jest co roku, więc przestałam słuchać i obserwowałam resztę klasy. Właściwie nikt nie skupiał się na wykładzie nauczyciela. Pisano smsy, albo rozmawiano szeptem. Chciałabym zaszyć się w domu, zamiast siedzieć na tych bezsensownych i nikomu niepotrzebnych lekcjach.
Nagle poczułam wibracje w kieszeni moich jeansów.
Mam sprawę od Megan.
No?
Ty, ja, zakupy dzisiaj po lekcjach.

Nie ma nic gorszego niż zakupy w poniedziałek. Musze przestawić się z weekendu na poniedziałek, a zakupy są takie męczące.
Nienawidzę Cię, odpisałam i schowałam telefon do torby.

Lekcje ciągnęły się w nieskończoność, ale w końcu dotrwałam do 14. Kiedy szłam w stronę swojego samochodu podbiegła do mnie Megan zdyszana, w potarganych włosach i pomiętej koszulce. Spojrzałam na nią zdziwiona.
-Seks w szkole?- zapytałam zakładając kurtkę, bo był dość chłodny kwietniowy dzień.
Meg przewróciła oczami i wsiadła do mojego volvo.
-Miałam wf i się spieszyłam, bo bałam się, że mi odjedziesz.
-Nie masz swojego samochodu? Rano jeszcze go widziałam- rzuciłam patrząc na nią wyczekująco.
-Jason pojechał nim do domu.
-Jesteście stuknięci- dodałam przekręcając kluczyk i wyjeżdżając ze szkolnego parkingu, żeby móc swobodnie odpalić papierosa. Megan puściła w odtwarzaczu płytę Chrisa Browna i poprawiała fryzurę, co było trudne, bo kiwała głową do rytmu piosenki.
-Po co jedziemy?- zapytałam kierując się do centrum handlowego.
-Moja kuzynka ma niedługo urodziny, a jest bardzo podobna do Ciebie, więc liczę na to, że pomożesz mi w wybraniu prezentu dla niej.

Po godzinnych poszukiwaniach, w końcu wybrałyśmy idealny prezent. Teraz siedziałyśmy w kawiarni popijając kawę.
-Jak Ci poszedł sprawdzian z francuskiego?- zapytała przyjaciółka znad filiżanki.
-Całkiem dobrze. Żałuję, że musiałam do niego zakuwać, zamiast oglądać mecz Jason- powiedziałam ze skruchą.
-Victoria, nie kłam. Nawet, gdybyś nie miała niczego do nauki, to i tak coś byś wymyśliła, byle tylko nie przyjść. Przestań to rozpamiętywać i żyj- naskoczyła na mnie.
Wiele osób powtarzało mi, żebym przestała zachowywać się tak, jakby to stało się wczoraj. Wiem, minął już rok, ale ja dalej nie mogę pogodzić się ze śmiercią mamy. Sądziłam jednak, że Megan mnie zrozumie. Niestety, myliłam się.
-Tobie nie umarła mama- powiedziałam ostrym tonem, bo nie miała pojęcia jak to jest.
-To prawda, ale czuję się tak, jakby powoli umierała mi przyjaciółka. Siedzisz tylko w domu i izolujesz się od reszty świata. Przestań, bo sama siebie wpędzasz w jeszcze większy dół- powiedziała patrząc na mnie swoimi wielkimi oczami w kolorze czekolady.
-Meg, błagam Cię. Staram się jak mogę, wrócić do normalnego życia, ale mam była dla mnie najważniejsza- powiedziałam łamiącym się głosem, ale powstrzymałam szloch. Gdybym rozpłakała się w kawiarni, toby było największe upokorzenie.
-Przyjdź w środę po szkole na mecz- rzekła stanowczo, jakby to był rozkaz.
Skoro tak jej na tym zależy, to przyjdę. Jakoś nie kręci mnie widok bandy spoconych kolesi odbijających piłkę bez celu. Jednak uśmiechnęłam się, pomimo stojących w moich oczach łez.

-Tato, jestem w domu!- krzyknęłam, kiedy odwiozłam Megan do Jasona. Czyli blok dalej. Weszłam do mieszkania ściągając buty i kurtkę, a torbę przewiesiłam sobie przez ramię.
-Jesteś głodna?- zapytał oglądając mecz NBA.
-Nie, byłam z Megan na mieście. A Ty nie idziesz do straży?
Mój tata od 20 lat był strażakiem i sprawiało mu to naprawdę wielką frajdę, dlatego zdziwiłam się, że siedzi sobie spokojnie w kapciach, na kanapie zamiast w mundurze pospiesznie jeść obiad, tak jak zwykle. Po śmierci mojej mamy jeszcze bardziej był pochłonięty pracą. Jestem już dużą dziewczynką, dam radę powtarzałam sobie, kiedy wracałam do pustego domu pełnego wspomnień i bolesnej pustki.
-Wziąłem sobie kilka dni wolnego. Chyba nie przeszkadza Ci to, że w końcu będę w domu?- zapytał ze śmiechem, mierzwiąc dłonią swoją bujną czarną czuprynę.
-Nie, nareszcie to nie ja będę musiała zmywać.
-Teraz to ja będę za to odpowiedzialny?- zapytał marszcząc czoło pokryte kilkoma małymi zmarszczkami.
-Niestety- powiedziałam z uśmiechem i weszłam do mojego pokoju.
Mieszkaliśmy na piątym piętrze, naprzeciwko parku, więc kiedy mi się nudziło obserwowałam bawiące się dzieci, albo spacerujących dorosłych. Z takiej wysokości wydawało mi się, że to bezproblemowe mrówki, ale to tylko złudzenie.
Opadłam swobodnie na łóżko, ale po chwili z niego wstałam, żeby uprzątnąć pokój. Wszędzie walały się koszulki, zeszyty i kosmetyki. Tak to jest, jak w poniedziałek rano wstaje się najpóźniej jak się da.
Po kilkunastu minutach pokój był już czysty, a ja mogłam swobodnie odpoczywać. Położyłam się na łóżku i włączyłam jakąś komedie, gdy mój iPhone uporczywie wibrował na szafce nocnej. Podniosłam go i zauważyłam, że dzwoni Jason.
-Jeżeli skończyły wam się gumki, to żadnych nie mam- powiedziałam znudzonym głosem, obserwując to, co dzieje się na ekranie, ale szczerze mówiąc nic się nie działo.
-Victoria, za kogo Ty mnie masz? Przecież nie dzwoniłbym do Ciebie w takiej sprawie- powiedział najbardziej poważnym głosem, na jaki pozwalał mu śmiech.
-Jasne- powiedziałam.
-Chciałem Cię przeprosić za Meg.
Słyszałam w tle, jak Megan mówi mu, jak bardzo jest beznadziejny.
-No?- zachęciłam. Chciałam to usłyszeć.
-Wiem, że nie miała prawa Cię pouczać i dyktować, jak żyć. Jeżeli nie chcesz, nie musisz przychodzić w środę.
-Jason, ona ma rację. Mecz, a raczej jego oglądanie, dobrze mi zrobi- powiedziałam wyłączając telewizor.
-Więc przyjedziesz?- zapytał z nadzieją w głosie.
-Tak, będę. Masz zdobyć mnóstwo punktów- powiedziałam uśmiechając się do telefonu.
-Dam radę. Dzięki Vic, do jutra- powiedział.
-Do jutra.
Rozłączyłam się i wyszłam na balkon, żeby zapalić papier