piątek, 18 kwietnia 2014

11

Zmywając naczynia w kuchni, nuciłam piosenkę Justina. Od pewnego czasu krążyła  moich myślach. Przypominała mi, że zaznałam aż za dużo szczęścia. To śmieszne, że w tym momencie ktoś umiera, płacze,  a ja sobie śpiewam. Wsłuchiwałam się w swój głos, kiedy do mojego mieszkania weszła Megan. Może zapomniałam zamknąć drzwi? Nie zdawałam sobie  z tego sprawy.
Trzymając w ręce talerz pełen piany, przywitałam ją uśmiechem, lecz po chwili zrzedła mi mina. Przyjaciółka była cała roztrzęsiona. Oczy miała rozbiegane, ale doszukałam się w nich pełno współczucia. To spojrzenie o czymś mi przypominało. Takim spojrzeniem obdarowywano mnie, gdy zmarła mama.
-Victoria, Justin…
Nie dokończyła zdania, bo z moich dłoni wypadł talerz tłukąc się na podłodze. Nawet nie spojrzałam w dół, chociaż czułam, że odłamki szkła boleśnie wbijają mi się w stopy.
-Co mu jest!?- zapytałam podniesionym o oktawę wyżej głosem.
Stałam cały czas w bezruchu, tylko moje oczy wpatrywały się w Megan, doszukując się w nich zapewnień, że nic mu się nie stało. Chwila do momentu, w którym dziewczyna mi odpowiedziała zdawała się trwać wiecznie.
-Justin jest w szpitalu.
Wiedziałam, że stara się to przekazać najdelikatniej jak potrafi, ale i tak przeszył mnie niewyobrażalny ból. Miałam ochotę położyć się na podłodze wśród szkła, objąć się ramionami i nigdy nie wstać. Czułam się tak, jakby ktoś zabrał mi płuca i serce. Oddychałam spazmatycznie, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.
-Victoria, musimy jechać- powiedziała podchodząc do mnie powoli.
Połowa mojego ciała rwała się do tego, żeby jak najszybciej znaleźć się przy Justinie, sprawdzić co mu jest i przy nim czuwać. Natomiast druga strona mnie, chciała zamknąć się w swoim pokoju wmawiając sobie, że to wszystko nieprawda.
Nawet nie wiem kiedy znalazłam się w samochodzie. Z zawrotną prędkością mknęłyśmy ulicami Nowego Jorku. Megan cały czas coś do mnie mówiła, nic jednak do mnie nie docierało. Wpatrywałam się w przednią szybę niewidzącym spojrzeniem, a w głowie nadal pobrzmiewała mi piosenka Justina.
-Vic, chodź- powiedziała przyjaciółka, a widok szpitala podziałał na mnie jak sole trzeźwiące.
Otępienie zepchnęłam na bok, lecz bolesna pustka nadal ze mną pozostała. Ruszyłam szybkim krokiem, a raczej pobiegłam do szpitala. Megan  nagle się rozpłynęła, ale to nie było dla mnie ważne.
Weszłam do środka i w recepcji zapytałam, gdzie jest mój chłopak. 4 proste słowa zabolały jak ostrza żyletek. „Gdzie leży Justin Bieber?”. Czułam się tak, jakbym odwiedzała go w kostnicy, nie w szpitalu. Biegłam przez korytarze trącając ludzi, lub gubiąc się po drodze. Czułam, że łzy napływają mi do oczu. Przetarłam pojedyncze krople spływające mi po policzku, wierzchem dłoni. Nie chciałam by ktokolwiek oprócz mnie, wiedział jak cierpię.
W końcu odnalazłam odpowiednią salę. Weszłam do środka, a wtedy nie mogłam się powstrzymać. Cichy płacz przerodził szloch, który odbijał się echem od ścian.
Justin leżał nieprzytomny na łóżku, a do niego podłączona była aparatura sprawdzająca puls. Miarowe pikanie na chwilę mnie uspokoiło, ale tylko na chwilę. Stałam nad szpitalnym łóżkiem cała się trzęsąc, by po chwili usiąść na jego skraju. Przytuliłam jego lewą dłoń do mojego policzka szlochając, a wtedy przed oczami stanęły mi obrazy z okresu naszej znajomości.
Przerażające spojrzenie Justina ratującego mnie z opresji, ja wtulona w jego ramiona, cichy szept naszych poruszających się synchronicznie warg podczas pocałunków, Justin śpiewający piosenkę, jego śmiech w restauracji, stres w jego oczach, kiedy wyznawał mi miłość, karmelowe tęczówki, w których się zakochałam. Wszystkie obrazy zakończył widok mojego ukochanego w szpitalu.
Nagle jego puls przyspieszył, a on powoli otworzył oczy. Spod jego na wpół przymkniętych powiek dostrzegłam ulgę.
-Justin!- krzyknęłam, a on ścisnął mi dłoń.
Aparatura szalała, kiedy  wsparty na łokciach próbował się podnieść. W końcu się poddał i charcząc głośno, wypowiedział jedno słowo słabym głosem.
-Przepraszam.
Wtedy moich uszu dobiegł tylko jeden ciągły sygnał, oznaczający, że jego serce przestało bić.

Obudziłam się z okrzykiem przerażenia. Cała drżałam i kołysałam się w przód i w tył dla uspokojenia. Zacisnęłam powieki i powtarzałam sobie cicho:
-To był tylko sen.
Rozejrzałam się dookoła i zdałam sobie sprawę, że jest środek nocy. Za oknem słyszałam przejeżdżające samochody, świst wiatru i krople deszczu uderzające o szybę. Mimo to, nie mogłam się uspokoić. Kiedy tylko próbowałam doprowadzić do porządku swój oddech, przypominały mi się sceny z mojego koszmaru.
Nie mogłam znieść myśli, że tak przecież też może się zdarzyć. Że kolejny raz stracę osobę, którą kocham. Przygryzłam dolną wargę, a do moich oczu napłynęły łzy. Pociągałam nosem, a nieme łkanie na powrót zrodziło się w przerażające szlochanie. Zanosiłam się płaczem, dławiłam łzami i nic nie mogłam na to poradzić. Chyba zawsze będę skazana na niepowodzenie. Żeby nie obudzić śpiącego za ścianą taty, płakałam w poduszkę. Przez kilka minut próbowałam się uspokoić, ale bezskutecznie. Wiedziałam, że bez zapewnień, że Justin jest bezpieczny, nie zasnę.
Zapaliłam lampkę nocną i drżącymi rękami zabrałam iPhone’a z szafki obok łóżka. Zegarek pokazywał 2:30 więc nie spodziewałam się, że Justin odbierze. Przygryzając paznokcie liczyłam sygnały. Po trzecim, usłyszałam melodyjny i ani trochę zaspany głos ukochanego. Nawet się nie zastanawiałam dlaczego o tej porze nie śpi, chociaż w tle słychać było klaksony samochodów i podmuchy wiatru.
-Halo?- zapytał.
Kiedy moich uszu dobiegł tak dobrze znany mi kojący głos, na powrót stałam się kupą nieszczęścia. Szlochałam do telefonu nie wiedząc, czy ze szczęścia, czy po prostu dalej jestem pod wpływem przerażającego snu.
-Victoria, co się stało!?- zapytał przerażony.
Próbowałam mu odpowiedzieć, ale każda próba złożenia w całość kilku słów kończyła się fiaskiem.
-Justin…
Nie mogłam dokończyć zdania, bo płacz wszystko niszczył. Wiedziałam, że tak szybko się nie uspokoję.
-Kochanie, co się stało?- zapytał coraz bardziej zdenerwowany. Usłyszałam, że otwiera drzwi do samochodu, czyli zamierzał do mnie przyjechać. Właśnie to miało mi pomóc.
-Przyjedź- powiedziałam i bez słowa więcej, rozłączyłam się.
Byłam pewna, że w tej chwili Justin odpalając papierosa, jedzie by sprawdzić co mi jest. Nie obchodziło mnie to, że jestem cała spuchnięta od płaczu, przemoczona od łez, bez makijażu i w rozsypce. Gdy tylko go zobaczę, cały mój świat na powrót będzie miał sens.
Po śmierci mamy, przez kilka miesięcy budziłam się z płaczem, więc taka reakcja w ogóle mnie nie zdziwiła. Nie potrafiłam poradzić sobie z pustką we mnie samej. Dopiero kilka tygodni przed poznaniem Justina, mogłam spokojnie spać. Zawsze śniła mi się scena, gdy informowano mnie o jej śmierci. Nie chciałam kiedykolwiek na powrót usłyszeć z czyichś ust, że najważniejsza osoba zostawiła Cię na zawsze.
Czekając na Justina, próbowałam wyrównać swój oddech. Kiedy tylko mi się udawało, po chwili znowu wracałam do poprzedniego stanu. Zostawiłam zapaloną lampkę nocną jak małe dziecko po złym śnie i z telefonem w ręku, zakryłam się kołdrą.
Straciłam poczucie czasu, więc po kilku minutach, a może po kilku godzinach usłyszałam, jak coś drapie w szybę. Natychmiast znieruchomiałam, a nawet przestałam oddychać, nasłuchując. Wmawiałam sobie, że to gałąź zaczepiła o okno, co było niemożliwe, bo w pobliżu mojego bloku nie było żadnych drzew. Kiedy drapanie nie ustąpiło, tylko nabrało na sile, usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Odebrałam natychmiast, żeby tajemnicze Coś za oknem nie zorientowało się, że jestem pod kołdrą.
-Justin, coś jest na balkonie. Gdzie Ty jesteś? Ja zaraz dostanę zawału- pożaliłam się mojemu chłopakowi.
Usłyszałam, że głośno wypuszcza powietrze z ust i zirytowany odpowiedział:
-To ja. Możesz wstać i otworzyć mi okno? Nie chcę narzekać, ale pada deszcz, jest mi zimno, a Ty się chowasz.
Poczułam, że na moją twarz wstępują jak zwykle nieodłączne rumieńce. Wygramoliłam się spod kołdry i dumnym krokiem podeszłam do okna. Gdy tylko je otworzyłam, do mojego pokoju wleciało chłodne powietrze przyprawiające mnie o gęsią skórkę.
Justin wszedł do środka, a z jego czarnej kurtki kapała woda. Przytulił mnie mocno do siebie, i nie zważając na nic, po prostu płakałam mu w i tak mokrą już koszulkę. Staliśmy tak kilka minut. Żadne z nas się nie odezwało, ja płakałam a Justin gładził mnie ręką po plecach. Kiedy trochę się uspokoiłam, wspięłam się na palcach i pocałowałam go w usta tak namiętnie, że sama siebie nie poznawałam. Justin był trochę zaskoczony, ale nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Zarzuciłam mu ręce na szyję i nogi na biodra, a on podnosząc mnie, przeniósł na łóżko. Całując, dotykałam go po klatce piersiowej, barkach, muskałam ustami jego skroń, policzki, szyję. Wszystko po to, żeby mieć pewność, że nic mu nie jest, jest tu ze mną cały i zdrowy. Justin znalazł się nade mną i odrywając się od moich ust, zaczął kąsać mnie po żuchwie, szyi. W końcu odsunęłam się od niego, a Justin opadł obok mnie. Oboje oddychaliśmy nierówno, jak po przebiegnięciu maratonu, ale to było przyjemne zmęczenie.
-Skoro fundujesz mi takie powitanie, powinienem częściej zakradać się do Ciebie w nocy-szepnął mi do ucha, by po chwili je przygryźć.
Zadrżałam, a jego dłonie przecierały drogę po mojej koszulce.
-Justin, mój tata śpi- powiedziałam.
-Będziemy cicho- szepnął muskając ustami zarys mojej szczęki.
Przeniosłam się do pozycji siedzącej, a on westchnął.
-Przez Ciebie całe moje łóżko jest mokre- powiedziałam stanowczo.
Justin wstał i ściągnął kurtkę. Rzucił ją na fotel i patrzył co rusz to na mnie, to na jego mokrą koszulkę.
-Chyba będziesz musiał się tego pozbyć- rzuciłam zaczerwieniona.
Justin uśmiechnął się zawadiacko i rzucił koszulkę w kąt. Marne światło lampki nocnej nie ukazywało jego  mięśni w pełnej krasie. Byłam ciekawa ile czasu zajęło mu wyrobienie takiej muskulatury.
Chłopak usiadł znowu obok mnie i potrącił mnie nosem.
-Teraz mi powiedz, co się stało.
-Miałam zły sen- powiedziałam cicho szykując się na kolejną falę płaczu, która ku mojemu zaskoczeniu nie nastąpiła.
-Chcesz  mi go opowiedzieć?- zapytał.
-Może jutro.
Położyłam się na łóżku, a Justin obok mnie. Leżeliśmy przytuleni wsłuchując się w nasze oddechy. Po kilku minutach zabrałam głos.
-Co robiłeś o tej porze na mieście?
Przez kilka sekund w ogóle się nie odzywał. Wypuścił głośno powietrze z ust i wplątując sobie kosmyk moich blond włosów w palce, wpatrywał się we mnie dziwnie. W jego oczach dostrzegłam podejmowaną decyzję, niepewność, ale też nieskrywane uczucie.
-Nie mogłem spać, więc postanowiłem się przewietrzyć. Ryan chrapał tak głośno, że nie dało się wytrzymać- powiedział miękkim barytonem.
Zachichotałam cicho, a on dalej się we mnie wpatrywał. Czułam, że jestem już czerwona jak burak. Byłam jak otwarta księga, wszystko można było wyczytać z mojej twarzy.
-Victoria?- zapytał.
-Justin- powiedziałam ziewając cicho.
Byłam już zmęczona. Nie wiem która była godzina, ale pewnie za chwilę miało wstać słońce.
Prawą dłonią zmierzwiłam jego wilgotne włosy. Zawsze były perfekcyjnie ułożone i takie miękkie.
-Bardzo jesteś zmęczona?- zapytał cicho.
-Nie za bardzo- skłamałam, co udowodniło moje głośne ziewnięcie.
Oczy dosłownie same mi się zamykały, ale nie chciałam, żeby Justin mnie opuszczał.
-Kocham Cię- usłyszałam z jego ust.
-Tak samo jak ja Ciebie.
-Czym sobie zasłużyłem na takie szczęście?- zapytał sam siebie.
-To ja mam go aż za dużo- rzuciłam i po raz kolejny ziewnęłam leniwie.
Mój ukochany jeszcze coś powiedział, ale moje powieki opadły i zapadłam w sen, tym razem już bez koszmarów.

-Victoria, wstałaś już?- usłyszałam za drzwiami.
Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam porozwalane ubrania Justina, a jego obok mnie. Natychmiast w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. A co,  jeśli tata tu wejdzie? Co sobie pomyśli? Na bank będę uziemiona do końca życia.
-Tak, wstałam- krzyknęłam, a chłopak obok mnie niespokojnie się poruszył.
Spanikowana, wstałam szybko i szturchnęłam go w ramię. Przekręcił się na bok, mamrocząc coś niezrozumiałego.
-Justin, wstawaj- pisnęłam.
Za chwilę mój tata wejdzie do mojego pokoju, jak zwykle rano. I co ja miałam teraz zrobić?
Justin nie zareagował, więc szturchając go co rusz wymawiałam jego imię coraz bardziej zirytowana.
-Człowieku, rusz się. Mój tata już tu idzie- powiedziałam, kiedy w końcu otworzył oczy.
Nawet zaspany wyglądał nieziemsko.
-Co!?- krzyknął od razu wstając.
-Cicho bądź. Zmywaj się- pisnęłam.
Usłyszałam kroki w stronę mojego pokoju.
-Jak niby mam wyjść?- zapytał.
W mojej głowie odtworzyła się jakaś scena z tandetnej komedii romantycznej, którą kiedyś oglądałam. Justin nie mógł teraz wyjść przez okno, a co miałam z nim zrobić?
-Właź do szafy- powiedziałam zbierając jego ubrania leżące na fotelu i podłodze.
Chłopak stanął i spojrzał na mnie marszcząc brwi.
-Żartujesz, prawda?- zapytał.
Popchnęłam go pod ścianę i otwierając szafę, wepchnęłam do środka i włożyłam tam jego kurtkę i koszulkę. Stał zszokowany, prawdopodobnie pierwszy raz ukrywając się w szafie.
-Kocham Cię, bądź grzeczny- rzuciłam i cmoknęłam go w usta.
W ostatniej chwili zamykając drzwiczki, bo do mojego pokoju bezceremonialnie wszedł mój tata. Nigdy nie potrafi zapukać, chociaż mam już 17 lat. Ubrany w mundur, zapewne za chwilę wychodził do pacy.
-Masz jakieś plany na dzisiaj?- zapytał.
Podrapałam się po głowie, próbując wymyślić coś sensownego.
-Mam dzisiaj dużo nauki. Pewnie Megan do mnie przyjedzie.
-W porządku. Idę do pracy, do zobaczenia- rzucił i zamknął drzwi.
Stałam i nasłuchiwałam aż dźwięk ciężkich butów strażaka zniknie na klatce schodowej. Kiedy usłyszałam, że zamyka drzwi wejściowe na klucz, odetchnęłam z ulga. Od razu podeszłam do nieszczęsnej szafy i powitał mnie widok poirytowanego Justina.
-Nie wierzę, że chowałem się w szafie- powiedział nakładając na siebie szarą koszulkę.
-Zawsze musi być ten pierwszy raz- rzuciłam,  z uśmiechem wzruszając ramionami.
Justin założył buty i odpalił papierosa. Nie rozumiałam dlaczego był taki zdenerwowany. Trochę mnie to przerażało. Tak długo było między nami dobrze, pierwsza kłótnia musiała nastąpić.
-Dlaczego jesteś zły?- zapytałam siadając obok niego.
-Jesteśmy razem trzy tygodnie, a ja muszę ukrywać swoją obecność przed Twoim tatą. Nie uważasz, że powinnaś go poinformować, że taki ktoś jak ja istnieje? Nie mamy 13 lat, Victoria, błagam- powiedział mocno się zaciągając.
-Powiem mu- szepnęłam.
-Kiedy?
-W najbliższym czasie- powiedziałam, bawiąc się koszulką.
-Dzisiaj wieczorem przyjadę do Ciebie na kolację, w czasie której przedstawisz  mnie swojemu tacie- powiedział tak, jakby wydawał rozkaz, ale dla mnie to była kara śmierci.
Mój tata niczego nie rozumie, ani nawet nie próbuje zrozumieć. Całe jego życie kręci się wokół straży pożarnej i  meczu baseballu.
-Wiesz w jakiej sytuacji mnie stawiasz?- wrzasnęłam.
-No w jakiej?- zapytał wypuszczając dym z płuc.
Nie odezwałam się słowem, tylko chodziłam w tę i z powrotem.
-Jeżeli traktujesz nasz związek poważnie, to nie będzie dla Ciebie problem- powiedział.
Największym problemem było wyjawienie to tacie. Nigdy jeszcze nie miałam chłopaka, nie wiedziałam jak się do tego zabrać, ale wiedziałam, że jeżeli sama tego nie zrobię, Justin mnie wyręczy.
-Czekam na Ciebie o 18. Tylko wejdź drzwiami, nie oknem. 

piątek, 4 kwietnia 2014

10.

*Justin*
-Jak Ci się układa z Victorią?- zapytała Jennifer siedząc na fotelu w moim pokoju.
Chciałem z nią porozmawiać, bo jest dziewczyną i mi doradzi, nie to co Ryan. Jego teksty w stylu „Jest już Twoja, stary” raczej nie podnoszą mnie na duchu, a na pewno niczego nie doradzają.
-Nie wiem, chyba dobrze. Sama to oceń- powiedziałem odkładając gitarę i drapiąc się po karku.
-No to opowiadaj, jak to rozegrałeś?
-Na początku nawet nie miałem zamiaru akurat wtedy ją o to poprosić, ale gdy zaczęła się rozklejać, że boi się, że będzie przeze mnie płakać, postanowiłem jej pokazać, że tak nie będzie i zaśpiewałem jej moją piosenkę, a później samo jakoś wyszło- powiedziałem wzruszając ramionami.
-No nieźle, Justin. Takiego Cię nie znałam, wow- powiedziała poprawiając flanelową koszulę.
Czasem tak bardzo mnie irytowała, na przykład teraz, ale Jennifer była dla mnie jak siostra. Taka bardziej doświadczona siostra. Dziwne jest to, że taka inteligentna, zabawna dziewczyna jest właśnie z Ryanem. On sam mógłby ubiegać się o tytuł błazna roku, ale nie mnie to oceniać. Skoro się kochają…
-Przestań robić ze mnie mięczaka- powiedziałem z grymasem.
Dziewczyna zachichotała, a kosmyk rudych włosów opadł jej na oczy, ale szybko założyła go za ucho.
-Nie robię z Ciebie mięczaka. Jesteś jak typowy facet. W byciu romantycznym nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, Justin. Jestem z Ciebie dumna, stanąłeś na wysokości zadania.
Poczułem się dziwnie. Jakbym uratował świat, a nie uzyskał zgodę Victorii na bycie parą.
-Um, dzięki- powiedziałem mierzwiąc potargane włosy lewą dłonią.
-A czy ona wie czym się zajmujesz?- zapytała niepewnie Jennifer.
-Nie, nie wie. Boję się jej to powiedzieć. Boję się jej reakcji. Poza tym chcę ją chronić przed wszystkim co złe, i chyba powinienem ją chronić też przed tym- powiedziałem.
Czułem się odpowiedzialny za Victorię. Wziąłem sobie za cel chronienie jej. Byłem jak jakiś ochroniarz. Albo nie, jak mogłem być ochroniarzem, skoro ona jest Księżniczką? Ja jestem..Rycerzem? Nie, nie pasuję do tego. Rycerze są dobrzy, a ja taki nie jestem.
-Skoro chcesz ją chronić, powinieneś ją chronić także przed samym sobą, zdajesz sobie z tego sprawę?- zapytała pochylając się do przodu.
-Wiem.
-Najlepiej by było, gdybyś jej o wszystkim powiedział. Związek opiera się na zaufaniu i szczerości, a Ty ją okłamujesz- powiedziała.
Dłonie same zacisnęły mi się w pięści ze złości, chociaż doskonale o tym wszystkim wiedziałem. Byłem kretynem, jeśli myślałem, że wszystko będzie dobrze.
-Powiem jej, że jestem dilerem. Wyobraź sobie jej minę? Co odpowie? Na pewno nie, że wszystko jest w porządku i to niczego nie zmienia, bo zmienia wszystko.
-Więc Twoim zdaniem lepiej jest to przed nią ukrywać? I tak się dowie!- niemalże krzyknęła.
-Tak, wiem- powiedziałem i ukryłem twarz w dłoniach.
Wiedziałem, że to głupie ukrywać tak istotną rzecz przed swoją dziewczyną. Ale co jeśli jej powiem, a ona ucieknie z płaczem? Co zrobię? Pobiegnę za nią? Nie daruję sobie tego. Co miałbym jej powiedzieć? „Cześć, Kochanie, słuchaj, jestem dilerem narkotyków. Ale wszystko jest okej, nie martw się”. Dla mnie to normalne, ale dla niej? Jest taka krucha. Pewnie nawet nie wie o istnieniu takich profesji jak moja.
-Powiedz jej to jak najszybciej- rzekła Jennifer.
-Tak? No to powiedz mi, co mam powiedzieć. Przecież Ty wiesz wszystko najlepiej- powiedziałem zaciskając dłonie w pięści.
Nie wiem dlaczego, ale aż mnie nosiło, żeby coś uderzyć. Nie radziłem sobie z moją bezradnością. W takich właśnie chwilach plułem sobie w brodę, że nie mogę być zwykłym 19latkiem.
-Spokojnie, Justin. Nie musisz się na mnie wyżywać- powiedziała marszcząc czoło i rozsiadając się głębiej na moim fotelu.
-Przepraszam, Jen. Ponosi mnie- burknąłem pod nosem.
Nie byłem przyzwyczajony do mówienia o swoich uczuciach.
-Nie ma sprawy, też byłabym zdenerwowana. No a co do tego, co masz powiedzieć. Może jej to delikatnie przekażesz. Ale delikatnie, nie z prosto z mostu.
-Nigdy- powiedziałem kręcąc głową.
-Lepsze to, niż żeby Cię gdzieś zobaczyła w sytuacji takiej, a nie innej. Dobrze o tym wiesz.
Jezu, jak mnie denerwowało to, że ktoś wie lepiej co mam zrobić. Jak ktoś jest lepszy. Moje męskie ego jest beznadziejne.
-Masz racje. Powiem jej w najbliższym czasie.
-Kochasz ją?- zapytała patrząc mi prosto w oczy, mimo, że dzieliła nas spora odległość.
Aż mnie zamurowało. Nigdy wcześniej nie zadałem sobie takiego pytania. Czy kocham Victorię? Jasne, jest dla mnie ważna, najważniejsza. Nie wiem jak teraz wyglądałby mój plan dnia bez wstawienia tam dwóch prostych słów „moja dziewczyna”.
Jest centrum mojego wszechświata. Wstaje z nadzieją, że ją zobaczę. Czy to już miłość? Sam musiałem sobie na to odpowiedzieć, ale odpowiedź była tak banalnie prosta, że dziwne było, że się nad nią zastanawiałem.
-Kocham ją- wyrzuciłem z siebie.
Dziwnie to usłyszeć z moich ust.
Jennifer uśmiechnęła się szeroko, wstała powoli z fotela i dodała:
-Czyli wszystko będzie okej. Ale nie spieprz tego, Bieber- i wyszła.
Zostałem sam z mega poczuciem winy, że ukrywam mój fach przed Victorią i rozkosznym uczuciem w brzuchu, bo w końcu powiedziałem to na głos. Victorio Anne Collins, kocham Cię.

*Victoria*
-Dlaczego dowiaduję się dopiero teraz?- zapytała Megan piątkowego popołudnia, wchodząc do mojego pokoju.
Leżałam na moim łóżku ze słuchawkami w uszach, kiedy nagle czerwona ze wściekłości wpadła mi do pokoju. Nie wiedziałam co jest grane.
-O co chodzi?- zapytałam marszcząc czoło.
-Nie udawaj. Jesteś z Bieberem. Jak mogłaś mi nie powiedzieć od razu, tylko dowiaduję się trzy dni później i to nawet nie od mojej przyjaciółki- powiedziała przechylając głowę i krzyżując ręce.
Czułam, że przyłapana na gorącym uczynku robię się czerwona jak burak. Ugh, jak ja nienawidzę siebie za zbyt częste rumienienie się.
-Um, Meg, no bo to tak szybko. Poza tym, Ty go nawet nie lubisz. Wiedziałam, że nie będziesz pochwalać mojej decyzji, być może będziesz zła, więc po co miałam Cię informować? Tylko byś się zdenerwowała- powiedziałam kołysząc się na łóżku.
Dziewczyna w końcu zrobiła niepewny krok w moją stronę i usiadła na skraju łóżka.
-Czyli w ogóle nie chciałaś mi powiedzieć?
-Chciałam, oczywiście, że tak. Szukałam odpowiedniej okazji. Jeżeli mnie kochasz, wybaczysz mi- powiedziałam wzruszając ramionami z przepraszającą miną.
Megan położyła się obok mnie, przewracając oczami, ale po chwili uśmiechnęła się szeroko. Wiedziałam, że nie będzie długo zła. Zaletą mojej przyjaciółki jest to, że ma miękkie serce. Szkoda tylko, że jest uparta jak osioł.
-A tak przy okazji. Dlaczego groziłaś mojemu chłopakowi?- zapytałam uśmiechając się mimowolnie na dźwięk „mój chłopak”.
Brunetka zaśmiała się, aż zatrzęsło się łóżko. Próbowałam zachować powagę, więc przygryzałam tylko wargę.
-Vic, teraz mam na niego mówić „Twój chłopak”? I wcale mu nie groziłam, powiedziałam tylko grzecznie, że ma uważać. Wiesz, że o Ciebie dbam- powiedziała zawijając na palec jeden z brązowych kosmyków włosów. Wyglądała jak rozmarzona postać z filmu młodzieżowego.
-Mów Justin, „Chłopak Victorii”, cokolwiek tylko nie Bieber, błagam. Nienawidzę jak nazywasz go po nazwisku. Liczyłam też, że się zaprzyjaźnicie, ale jak widać, to raczej niemożliwe.
Naprawdę chciałam, żeby wszyscy się dogadywali, bo nie lubiłam  żadnych spięć, ale jak widać, pragnęłam za dużo rzeczy naraz.
-Chyba nie da rady, Vic. A teraz opowiedz mi, jak to się stało!- pisnęła mi do ucha.
Usiadłam po turecku w tak zawrotnym tempie, że musiała minąć chwila, by przestało mi się kręcić w głowie. Odwróciłam się w stronę mojej przyjaciółki i zauważyłam, że ona również przybrała identyczną pozycję.
-Boże, to było takie urocze! Jak zaczęłam mieć wątpliwości, czy mnie skrzywdzi, czy nie, on powiedział, żebym niczego się nie bała i zaśpiewał mi piosenkę!- krzyknęłam.
Megan pisnęła i aż podskoczyła na łóżku z podekscytowania. Przez chwilę piszczałyśmy i śmiałyśmy się z naszych reakcji. Dobrze, że mojego taty nie było w domu, bo od tych pisków dostałby bólu głowy. 
-Serio? Jakie to romantyczne. Zgodziłaś się od razu?- zapytała.
-Nie, trzymałam go chwilę w niepewności, ale serce miałam takie miękkie. Czułam się tak, jakbym zamiast krwi miała miód.
Dziewczyna zaśmiała się z mojego porównania.
-Cieszysz się?- zapytała z uśmiechem.
-I to jak. Megan, pomyśl jak będzie wspaniale. Będziemy razem chodziły na treningi, możemy chodzić na podwójne randki, możemy się wszyscy spotykać. A Ty się nie cieszysz?- zapytałam na powrót kładąc się w poprzek łóżka.
-Cieszę się z Twojego szczęścia, przecież wiesz.
Przez kilka minut leżałyśmy tak swobodnie jak kiedyś. Czułam się jak za starych czasów. Megan myślała o czymś intensywnie wpatrując się w sufit, a ja rozmyślałam  nad tym, ile szczęścia i radości dał mi jeden chłopak. W moich żyłach dalej płynął miód, a w brzuchu tańczyły motyle. Teraz wiedziałam, dlaczego moi przyjaciele się tak do siebie odnosili i nie rozumiem, co mnie wtedy tak  w tym denerwowało. Może chodziło o to, że przecież nigdy wcześniej nie byłam w takim stanie.
-Kochasz go?- zapytała przyjaciółka przerywając moje rozmyślania.
Jakby na jakąś niewidzialną komendę motyle w moim brzuchu zaczęły wirować szybciej, a miód płynął żwawiej.
-Nie wiem- powiedziałam przygryzając dolną wargę.
-Powiedz mi co czujesz- zaproponowała, dalej wpatrując się w sufit.
-Czuję się szczęśliwa. Czuję, że teraz mogłabym przebiec maraton, przepłynąć ocean i zdobyć K2 ot tak sobie, bo mogę wszystko. Codziennie budzę się z uśmiechem, bo świat jest piękny. Motylki towarzyszą mi cały czas, a wszystko wokół jest takie kolorowe- powiedziałam wzdychając.
Nie kłamałam mówiąc to wszystko. To, co kiedyś wydawało mi się beznadziejnie niepotrzebne i szare, teraz jest centrum wszechświata. Mogłabym zatańczyć na środku ulicy, albo iść z billboardem, że jestem szczęśliwa. Niech każdy się dowie.
-Jesteś zakochana- powiedziała brunetka chichocząc.
-To dobrze czy źle?- zapytałam z niepewną miną.
Megan zachichotała i po chwili powiedziała:
-Jasne, że dobrze. W końcu znalazłaś swojego Księcia.
Opadłam na łóżko z dziwnym uczuciem. Jestem niezaprzeczalnie i nieodwołalnie zakochana w Justinie Bieberze. Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie się stało. Nie mogę uwierzyć, że ja, osoba mocno stąpająca po ziemi dała się uwieść jakiemuś amantowi i to z jaką siłą.
Usłyszałam jak z szafki koło łóżka wydobywa się melodia mojego dzwonka w iPhonie. Megan dopadła go jednym susem, kiedy ja podnosiłam się z pozycji leżącej. Wirowała na podłodze dopatrując się, kto dzwoni.
-Justin? Serio? Mogłabyś się postarać bardziej, Vic- powiedziała i odebrała telefon.
Na dźwięk słowa „Justin” zalała mnie przyjemna fala gorąca, która rozprzestrzeniła się po całym ciele, aż do koniuszków palców u stóp.
-Cześć, Justin. Właśnie o Tobie rozmawiałyśmy- powiedziała do telefonu i pokazała mi język, kiedy ja próbowałam odebrać jej telefon.
-Victoria? Nie ma jej, wyszła- powiedziała kręcąc piruety jak baletnica.
-Dawaj mi to!- krzyknęłam i odebrałam jej telefon.
Kiedy przyłożyłam sobie telefon do ucha, usłyszałam dźwięczny śmiech mojego chłopaka.
-Cześć- powiedziałam zdyszana i usiadłam na najdalej oddalonym od Megan kącie w pokoju.
-Cześć. I co? Fajnie się bawisz obgadując mnie?- zapytał.
Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tęskniłam za tym głosem.
-Wcale o Tobie nie rozmawiałyśmy- powiedziałam.
-Ha! Akurat!- krzyknęła Megan z końca pokoju, ale uciszyłam ją ruchem ręki.
Justin zaśmiał się ponownie, a ja nie odezwałam się słowem.
-Mógłbym wpaść, czy jesteś zajęta?- zapytał,  a ja usłyszałam z tonu jego głosu, że przygryza dolną wargę.
-Jasne, że możesz- powiedziałam trochę zbyt szybko, a on ponownie zachichotał, tym razem przez ułamek sekundy- tata jest w pracy, wróci pewnie późno, a Megan się właśnie zbiera do Jasona.
-I tak wiem, że kłamiesz. Będę za 15 minut, Księżniczko- rzucił i się rozłączył.
Wstałam z podłogi trochę za szybko, bo odrobinę zakręciło mi się w głowie.
-Dobrze, dobrze. Już idę- powiedziała przyjaciółka.

Po 15 ekspresowych minutach, w ciągu których przebrałam się w luźną bluzę i szorty, wyszorowałam zęby i uprzątnęłam pokój, zadzwonił dzwonek do drzwi. Justin był już u mnie dwa razy, ale za każdym razem tak samo się denerwowałam.
Otworzyłam, a o framugę opierał się młody bóg z zawadiackim uśmiechem. Miał na sobie czarne spodnie, luźno opuszczone w kroku i szarą koszulkę Chicago Bulls. Włosy miał w seksownym nieładzie, a karmelowe oczy błyszczały.
-Cześć- powiedział i pocałował mnie namiętnie.
W takich właśnie chwilach zapominam o całym świecie.  Obok nas mógłby wybuchnąć pożar, a ja bym go nawet nie zauważyła. Liczył się tylko słodkie smak jego pełnych warg i zapach wody kolońskiej, który tak uwielbiałam.
-Uwielbiam Cię witać- powiedziałam i wpuściłam go do mieszkania.
-A ja uwielbiam do Ciebie wracać- rzekł.
Przeszliśmy do mojego pokoju trzymając się za ręce. Droga trwała pół minuty, ale tak bardzo brakowało mi dotyku jego skóry, że musiałam.
Kiedy weszliśmy do środka, Justin rozsiadł się wygodnie na moim łóżku, a ja obok niego.
-Mówiłem Ci już, że Twój pokój wygląda jak miniaturowy zamek Księżniczki?
-To dlatego mnie tak nazywasz?
Justin przejechał lewą dłonią po swoich włosach i powiedział:
-Nie, po prostu jesteś moją Księżniczką. To proste- rzucił i puścił do mnie perskie oko, a na moją twarz wstąpił rumieniec.
-Jejku, dzięki. Zawsze wiedziałam, że powinnam grać w disnejowskim filmie.
Justin zaśmiał się cicho, ale nic nie powiedział.
-Zrobić Ci coś do picia?- zapytałam próbując naśladować dobrą gospodynię.
-Nie, dzięki. Nic nie chcę- powiedział przygryzając wargę.

Czas mijał i kiedy byłam zmęczona opowiadaniem mu wszystkiego co popadnie, leżeliśmy na łóżku w ciszy przerywanej naszymi oddechami. Nie przeszkadzało mi to, nie panowała między nami jedna z tych niezręcznych ciszy, kiedy to szukasz w głowie byle jakiego tematu do podtrzymania rozmowy. Napawaliśmy się naszą obecnością.
-Victoria?- usłyszałam szept tuż nad moim prawym uchem.
-Hm?- mruknęłam cicho.
-Czy Ty mnie kochasz?- zapytał Justin nie podnosząc głowy.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Gdybym powiedziała, że tak, zachowałabym się zbyt pochopnie. Gdybym natomiast odpowiedziała, że nie, okłamałabym go. Postanowiłam, że użyję sprytnego, wymijającego pytania.
-A czy Ty mnie kochasz?- zapytałam skupiona na tym, żeby mój szept nie zadrżał.
Justin milczał przez chwilę, skupiony zapewne na tym, jak mnie nie urazić, kiedy podniósł się i posadził mnie na swoich kolanach. Byłam tak blisko jego ust, że gdybym tylko pochyliła się odrobinę do przodu, nasze usta by się złączyły.
-Kocham Cię- szepnął, aż przeszedł mnie dreszcz.
Justin pochylał się, by oddać na moich ustach pocałunek, ale odepchnęłam go. Chyba źle to zrozumiał, bo patrzył na mnie ze zdziwioną miną.
-Dlaczego mnie kochasz?- zapytałam.
-Serio się pytasz? Spójrz na siebie. Jak można Cię nie kochać. Jesteś urocza i słodka, zadziorna i z charakterem. Rozśmieszasz mnie zawsze. Żyję tylko dla Ciebie. Gdyby cały świat zniknął, ale byłabyś Ty, żyłbym dalej w szczęściu, ale gdyby cały świat został, a Ciebie by zabrakło, moje życie nie miałoby najmniejszego sensu. Jesteś jak promyk światła w pochmurny dzień. Jesteś dla mnie wszystkim, Victoria- powiedział.___
Poczułam się tak, jak tylko może się czuć najszczęśliwsza osoba pod słońcem. Jakbym dostała największy prezent od Boga, na który nie zasługiwałam.
Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej, więc powiedziałam tylko:
-Ja Ciebie też kocham. Wybacz, ale nie jestem przyzwyczajona, do mówienia o swoich uczuciach wprost. Mam nadzieję, że zrozumiesz- powiedziałam przyglądając się moim paznokciom w kolorze mięty.
-Uwierz mi, ja też nie jestem dobry w te klocki- powiedział.
Pocałował mnie szybko, ale bardzo,  bardzo słodko.
-Wiesz, jaki jesteś ważny?- zapytałam cicho.
-Wiem o tym- powiedział uśmiechając się łobuzersko.
-Jak to?- zapytałam zbita z pantałyku.
-Kiedy zasnęłaś u mnie wczoraj, mówiłaś przez sen, że mnie kochasz. Ale zataiłem to, bo chciałem powiedzieć to pierwszy.
Rzuciłam się na niego przygniatając go całym swoim ciałem. Nie mogłam uwierzyć, że miałam takie szczęście.


 ________
nowy rozdział takie słodki.
mam nadzieję, że się spodoba.
nowy rozdział w środę.  jak coś to ścigajcie mnie o te rozdzaiły.
kc was mocno